Jestem cierpliwą osobą,
naprawdę. Szczególnie gdy jestem wyspany. Sytuacja staje się naprawdę zabawna w
momencie, gdy kawałek „Djary oj Jane” postanawia zepsuć mi życie już od samego
rana. Rzucam wtedy, swój drogi jak jasna cholera telefon, na drugi koniec
pokoju. Niestety, tak się składa, że zapominam wyłączyć budzika. Pełen mordu
wlokę się w miejsce, gdzie wylądował mój najdroższy „skarb” i najłagodniej jak
tylko umiem naciskam przycisk „wyłącz”.
Właśnie w ten
sposób rozpocząłem dzisiejszy poranek. Po wypełnieniu swojego dziennego
rytuału, stanąłem na środku pokoju jak rasowy debil. Nie pobyłem w tej pozycji
zbyt długo, ponieważ ciepłe łóżko przywołało moje ciało jakąś bliżej
nieokreśloną siłą. Uległem i rzuciłem się na nie zrezygnowany.
Od zawsze zastanawiałem
się, dlaczego co sobotę zapominam, że mam wolne. To już powoli zaczynało robić
się nienormalne, a ja definitywnie nabyłem sklerozy.
Jęknąłem z miną boskiego
męczennika, nakrywając się nieszczelnie szarą pościelą, którą odziedziczyłem
łaskawie od rodziców. Po zmówieniu obszernej arii przekleństw i skierowaniu
gniewu na wszystkie możliwe czynniki tego okrutnego świata, postanowiłem dalej
iść spać.
Chyba nie muszę
wspominać, że wcale nie byłem zdziwiony słysząc ciche pyknięcie w zamku drzwi,
a zaraz potem głośny huk roznoszący się echem po budynku.
- Wstajemy kolego,
szkoda soboty! - Ubije gnoja, przyrzekam.
Z mordem w oczach,
odwróciłem wzrok na postać szczerzącą się w wejściu i z trudem zdusiłem chęć
podejścia do niego i obicia mu twarzy.
- Kiedyś cię
zatłukę, obiecuje. Teraz jestem zbyt zmęczony, więc uznaj to za litość.
- Mówisz to co weekend,
więc wybacz, ale czuje się jako tako bezpieczny. - Jasna fryzura kręciła się po
niewielkim metrażu, wprawiając w ruch wszystko co hałasuje i powoduje szum.
Blond włosy, podpięte wcale nie pedalskimi spinkami, miały na imię Kamil i
kochały wstawać o nieludzkiej godzinie.
- Która jest w ogóle
godzina? - rzuciłem ostatecznie, przekręcając się na drugi bok.
- Siódma.
- Co proszę?! - nabuzowany,
szarpnąłem się w drugą stronę, ale moje głupie pomysły, posiadały swoje
wspaniałe odzwierciedlenie w przyszłości. Zaplątałem się w pościel z hukiem
lądując na twardych panelach. - Mogę wiedzieć gdzieś się podziewał o tak
nieludzkiej godzinie? Nie to, że się martwię i takie tam, ale wolałbym
wiedzieć, czemu otwierasz z kopa drzwi.
- Byłem wczoraj u
rodziców. Zapomniałem przywieźć czegoś z domu w ostatni weekend i jakoś tak
wyszło. Z racji, iż nie mogli po mnie przyjechać, pojechałem wczoraj do Krakowa
i udało mi się wrócić dopiero dziś rano - uśmiechnął się, widocznie uważając
swe winy za przebaczone.
Dopiero teraz
zauważyłem, że trzymał przy sobie niedużą, podręczną torbę sportową i ubrany
był nieco bardziej „wyjściowo” niż zwykle.
Kamil Olbrych był ode
mnie starszy o jakieś półtorej roku. Zawsze głupio się cieszył, dużo zakuwał,
ale nigdy nie wchodziliśmy sobie w paradę.
Mieszkaliśmy razem od roku i ogólnie
rzecz biorąc, żyło nam się bardzo dobrze. Pomimo tego, że obaj wiecznie
siedzieliśmy w pokoju, to przyzwyczailiśmy się do wzajemnej ignorancji. Typowe
odludki. Zwykle zajmowaliśmy się
własnymi sprawami, co jakiś czas rzucając sobie pojedyncze zwroty, jeśli ktoś
czegoś potrzebował, bądź też miał jakąś sprawę. To nie tak, że nie mogliśmy się
dogadać. Taki układ był nam po prostu na rękę i nie widzieliśmy w tym
absolutnie nic złego. Można było jedynie odliczyć poranki, kiedy to w mojego
współlokatora wstępuje szatan i postanawia zadręczyć mnie na śmierć.
- Późno wróciłeś? -
rzucił mi, gdy wygramoliłem się z pościeli.
- O drugiej -
uśmiechnąłem się szyderczo, widząc nagłą skruchę w niebieskich oczach.
- Przedłużyło ci się w
pracy?
- Nie, po prostu
nieznani mi ludzie stwierdzili, że warto urozmaicić mój dzień o kilka nowych
przeżyć, bym miał co pisać w pamiętniczku.
- Masz pamiętniczek?
- Taki różowy z
futerkiem, a jego strony pachną słodką brzoskwinią - odparłem zadowolony, cudem
przedostając się do toalety.
Pod nieobecność Kamila
zdążyłem porozkładać na podłodze to i owo; materiały do sprawdzianów na
przyszły tydzień, badania kontrolne, jakieś papiery z pracy i wyciągi z konta.
Teraz spoczywały sobie w spokoju, przykrywając większą część podłogi,
całkowicie pomieszane i wystawione na ryzyko zdeptania.
- Chcesz jajecznicę?
- Chcę - rzuciłem tylko,
stając przed lustrem.
Wyglądałem jak zwykle,
czyli jak chodzący bezdomny. Czarne włosy odstawały w każdą stronę, zawijając
się śmiesznie do góry, blada twarz uwydatniała sińce pod oczami, a szara
koszulka była częściowo uwalona sosem do pizzy. Ciekawe. Czemu wcześniej nie
zdołałem tego zauważyć? Być może było zbyt późno, bym choć przez moment
zastanowił się, co na siebie wkładam. Przeczuwałem, że w najbliższej
przyszłości będzie to źródłem mojej życiowej klęski.
Bez zastanowienia,
włączyłem elektryczną szczoteczkę i leniwie przesuwałem centymetr po
centymetrze, wciąż podziwiając swój okropny wygląd.
Powoli przestawałem się
dziwić, czemu ludzie się tak na mnie gapią. Chociaż przepraszam, bo wczorajszy
incydent przebił moje najśmielsze oczekiwania.
- Wczoraj jakiś nieznany
koleś w pociągu spytał się mnie, czy może mi zrobić zdjęcie - wymamrotałem z
wirującą szczoteczką w ustach.- Odpowiedziałem mu, że nie. Chyba się nie
posłuchał bo przyznał się, że i tak je zrobił.
- Na twoim miejscu
poszukałbym swojej twarzy na fan serwisach, portalach randkowych albo na jakiś
bardzo nieetycznych stronach.
- Wiedziałem, zboczeniec
jakiś - westchnąłem, po raz kolejny żałując swojego smutnego losu.
Przemyłem twarz zimną
wodą, na co nieco się wzdrygnąłem i ochlapałem pół łazienki, po czym niezdarnie
nałożyłem na dłoń porcję żelu. Wsmarowałem we włosy, stawiając część z nich ku
górze i stylizując przydługą grzywkę. Całość utrwaliłem lakierem, po czym
zdałem sobie sprawę, że odwaliłem się gorzej niż kobieta. Mówi się trudno.
Leniwie sięgnąłem po
mopa, stojącego w kącie niewielkiego pomieszczenia, po czym wytarłem ślady po
swojej obecności. Albo umywalka była definitywnie za mała, albo to ze mną było
coś nie tak.
Opuściłem łazienkę i
zasiadłem przy niewielkim stole z miną zbitego psa. Było mi zimno, chciało się
spać i wyglądałem jak nieszczęście. Dobrze, że jedzenie chociaż miło
skwierczało na patelni. Zaraz, czy jajecznica powinna skwierczeć?
- Kamil, jedzenie ci się
pali!
- Cholera! - To sobie
pojadłem.
Tak jak myślałem. Śniadanie nieco się spaliło,
jednak na upartego można było coś z tego zjeść. Postanowiliśmy nie wydawać
pieniędzy na kolejne dowozy fast foodów i zjeść to, co zaoferowała mamusina
kuchnia Kamilka. Jakby nie patrzeć było mi wszystko jedno, w końcu byłem głupi
i nie poszedłem wczoraj na tego kebaba z Bartkiem.
- Kto robi zakupy w tym
tygodniu? - dopytałem, patrząc jak blondyn zjada kolejne porcje, dziwnie się
krzywiąc. - W sumie to ty robiłeś ostatnio, a ja mam dziś wolne. Oddam tylko
kilka książek do biblioteki i…
- Muszę ci coś
powiedzieć.
Na chwilę zapadła cisza, przez co podrapałem się
nerwowo po karku. Nie lubiłem jak zaczynał tak dramatycznie.
- Zawiało grozą.
- Zależy dla kogo.
Wyprowadzam się - odparł po chwili, a w jego głosie słychać było nutkę wahania.
Przez moment nie mogłem nijak skomentować tego,
co do mnie powiedział.
Gapiłem się jedynie, trawiąc powoli przekaz.
- Kiedy? Nic nie
mówiłeś…
- Bo mówię to teraz.
Rzecz w tym, że muszę wrócić do domu. Rodzice mają pewne problemy, więc
wolałbym na jakiś czas zostać przy nich.
- Nie możesz od tak
wyjechać. Co z uczelnią?
- Nie chciałem tego
robić, jednak nie pozostaje mi nic innego jak przerwać naukę. Są sprawy
ważniejsze.
- Wszystko fajnie, ale
co dalej?
- Znajdę coś w Poznaniu,
mam dobre wyniki więc nie powinno być większego problemu. Jakoś sobie poradzę.
Lustrowałem go wzrokiem,
jednak zdałem sobie również sprawę z tego, że mówi zupełnie serio i już
zadecydował. Przyznam, że nie spodziewałem się. Fakt faktem, że mój
współlokator dosyć często wyjeżdżał w rodzinne strony, szczególnie podczas
weekendów i dni wolnych. Wcześniej jakoś nigdy mocno się tym nie interesowałem.
- Mam ci jeszcze jedno
do powiedzenia.
- O Boże, następna
niespodzianka. - Teraz spodziewałam się dosłownie wszystkiego, nawet tego, że
ma zamiar całkowicie rzucić szkołę i zostać cyrkowcem.
- Znalazłem ci współlokatora.
Zmieniam zdanie, wcale się tego nie
spodziewałem.
- Zaraz… Jak? - Jednego
dnia informuje mnie zarówno o tym, że po prostu się wyprowadza, a mało tego, bo
ma kogoś na swoje miejsce. Dziwiło mnie tylko jedno. Mianowicie czemu nie
zapytał mojej zacnej osoby o zdanie? Właściwie to ja miałem zamieszkiwać z tym
kimś. Skąd mogłem wiedzieć czy mój współlokator nie będzie jakimś ćpunem,
pijakiem, zboczeńcem i tak dalej. - Jeszcze mi powiedz, że wynosisz się
dzisiaj, to już całkowicie stracę w ciebie wiarę.
- Właściwie to miałem ci
powiedzieć, byś ogarnął nieco te kartki z podłogi. Miał dzisiaj przyjść i
podpisać ze mną kilka rzeczy.
- Wszystko fajnie,
pięknie i cudownie, ale gdzie w tym wszystkim jest moje zdanie?- W tamtym
momencie czułem, jakby w ogóle mnie nie słuchał.
- Przepraszam, ale nie
widzę innego wyjścia. Wiem dobrze, że nie dasz rady sam spłacić mieszkania, a
chłopak był na tyle zdesperowany, że nie widzę problemu dlaczego nie miałbym
oddać mu miejsca. Myślałem, że nie będziesz z tym robił jakiegoś wielkiego
problemu.
- Nawet go na oczy nie
widziałem.
- Wygląda na porządnego.
- Nie tobie o tym
sądzić.
- Przemyśl to.
Wykorzystajmy daną nam okazję. Jesteśmy umówieni na szesnastą, więc to będzie
twoja szansa. Przyjdź i zadecyduj, ale miej na myśli czynsz.
Westchnąłem po raz setny
tego poranka, nabijając się na drewniane oparcie. Niebieskie oczy pewnego
typka, wciąż wypalały mi dziurę, a ja starałem się je ignorować. Może i miał
racje z tymi opłatami, ale i tak wszystko zależy od tego na kogo trafię.
Ostatnie czego pragnąłem
to zamieszkanie ze śmierdzącym typem, o słowniku na miarę światową z paczką
fajek po kieszeniach i czystą w lodówce. Z przykrością byłem w stanie
stwierdzić, że takich tu nie brakuje.
- Idę do biblioteki. Daj
mi czas to przemyśleć - rzuciłem ostatecznie, zdejmując z wieszaka czarny
płaszcz i gruby szalik. Sprawnie zmieniłem znoszone japonki na ciepłe, zimowe
buty i zapakowałem niedużego laptopa.
- Ale przyjdziesz?
- Tak, przyjdę - odparłem,
może zbyt szorstko.
Ostatecznie pochwyciłem
parę kluczy ze skrzyneczki i wyszedłem z mieszkania. Na moment mignął mi cień
uśmiechu na twarzy blondyna. Przyrzekam, że zabije mendę.
Było pieruńsko zimno. Jednak to nic nowego. Starałem się jak
najszybciej przebierać nogami po śliskim chodniku, uważając przy tym, by nie
oddać połowy wypłaty dentyście.
Gdzieś w oddali poczułem
zapach gofrów i w mgnieniu oka zrobiło mi się smutno z powodu tej zwęglonej
jajecznicy. Nawet to dziś schrzanił.
Naprawdę miałem
wrażenie, że jakaś nadprzyrodzona siła, postanowiła się na mnie uwziąć,
szczególnie tego dnia. Poranna pobudka, pyszne śniadanko, zalana łazienka,
kochany współlokator i pan oszust z TVP 1, którego zdaniem powinno być
słoneczko i stopnie na plusie, a tymczasem mamy śnieg i totalną pizgawice.
- Ciekawe czym jeszcze
obdaruje mnie dziś życie.
Ludzi praktycznie nie było. Być może siedzieli
pod kocykiem w towarzystwie ulubionej książki i aromatycznej kawy. Jakoś tak
zacząłem im zazdrościć, choć pomysł by ruszyć się z domu należał tylko i
wyłącznie do mnie. Zawszę mogłem zostać i przeleżeć pół dnia w łóżku, ale pewna
osoba zbyt podniosła mi ciśnienie jak na jeden poranek. Po co będę się
stresował, skoro mogłem się sukcesywnie zmyć na kilka godzin?
Moja ulubiona biblioteka
mieściła się w centrum miasteczka, położona naprzeciwko niewielkiej kawiarni,
gdzie akurat bywało znaczenie więcej ludzi. Zależało też od dnia tygodnia.
Zwykle spędzałem weekend w bibliotece, by w spokoju skupić się na pisaniu recenzji
i całkowitym zrelaksowaniu. Lubiłem sięgnąć po dobry dramat czy powieść
psychologiczną, ale perspektywa wiercenia się na drewnianym krześle
niespecjalnie mnie cieszyła. Gdy nie miałem siły i nastroju na intelektualne
zmagania, to przesiadywałem wieczorami w kawiarni, upijając się kawą o smaku
miodowo -pralinowym i jedząc zacny serniczek. Brałem laptopa i po prostu
kręciłem się po sieci, bądź czytałem. Tu było o tyle łatwiej z tego względu, że
kosmicznie niewygodne krzesła zostały zastąpione gustownymi czerwonymi kanapami
i szklaną ławą.
Powolnym krokiem
ruszyłem do budynku i pchnąłem klamkę w dół, jednak o dziwo drzwi nie ustąpiły.
Z inteligentnym wyrazem twarzy spojrzałem na tabliczkę „nieczynne” i już miałem
zrobić taktyczny odwrót, kiedy usłyszałem głos, którego naprawdę nie chciałem
znać.
- Hej, Konrad, zaczekaj!
- Moja mentalna porażka biegła właśnie w przykrótkiej spódniczce i wysokich
butach, dzierżąc w dłoni papierosa. Czemu dziś? No tak, w końcu jak ma się
walić, to czemu nie na całego?
Odwrócić się i odbiec?
Może nie zauważy, a nawet jeśli to przecież jest na obcasach. Prędzej by sobie
tipsa złamała niż ryzykowała uszkodzenia swojego ukochanego, markowego obuwia.
Ale to z myślą o mnie, to też nie wiadomo co tej kobiecie odbije.
- Czemu się nie odwróciłeś?
Nie udawaj, że mnie nie słyszysz. - Kurwa mać, no to klęska.
- Bo nie słyszałem.-
Bardzo inteligentnie Konrad, bądź z siebie dumny.
- Nie ważne, kocie.
Właśnie skończyłam zmianę, więc może poszlibyśmy razem na kawę. - Dmuchnęła
chmurą dymu papierosowego, a ja poczułem ogromną ochotę na wyplucie własnej
wątroby z jelitem gratis.
- Po pierwsze, żadne
„kocie”…
- Jaki cnotliwy - uśmiechnęła
się pod nosem, na co musiałem w spokoju policzyć do dziesięciu. Albo stu, już
nawet nie pamiętam.
- Po drugie, nie.
Tłumaczę ci to już od jakiegoś czasu, więc nie uganiaj się za mną z
bezsensownymi propozycjami. To nie przejdzie, nie jarają mnie laski ubrane jak
„leśne panienki” ze szlugiem w ręku i słownictwem spod rynsztoka. - Skrzywiła
się lekko, jednak sekundę później na czerwonych ustach znowu zawtórował ten
parszywy uśmieszek. Ubrana była w to co zwykle, czyli tak zwany ciuch na każdą
pogodę. Czy zimno czy ciepło, dupa i tak się wietrzy.
Samanta uczepiła się
mnie na uczelni, kiedy to nieświadomy w co się pakuje, podałem jej debilny
długopis i jeszcze komplementem rzuciłem. Oczywiście nikt nie śmiał mnie
poinformować, że zagadałem do dziewczyny z tak zwanej pierwszej półki
sklepowej. Ustanowiła sobie moją osobę za cel niespełnionych pragnień i tak też
pozostało do dzisiaj. Nie dość, że znoszę jej piskliwy głos na wykładach, to
jeszcze zdarza się zepsuć mi weekend.
Dziś miała na sobie czarne koturny z
futerkiem, krótką spódniczkę i białą kurtkę. Długie czarne włosy spięła w
wysoki kucyk, a twarz pokrywał szczelny makijaż. Pewnie przed zimnem też
chronił.
- Dobra kochanie, skończ
z tymi swoimi ideałami. Podobasz mi się, a jak chcę faceta, to zwykle go
dostaje, więc myślę, że kolacja ze śniadaniem w moim domu wcale by ci nie
zaszkodziła - wynuciła prawie, że z czułością, przyklejając mi się do ramienia.
Poczułem jak żyłka na
mojej skroni pulsuje nerwowo. Uchyliłem się gwałtownie, gdy czerwone usta
sukcesywnie zmniejszały odległość między nami. Pijawka w ostatniej chwili
złapała się murku, by nie stracić równowagi. - Cholera jasna, co ty
wyprawiasz?!
- Wybacz, ale próbuje
uniknąć następnej porażki w dzisiejszym dniu. - Machnąłem ręką, powoli
odchodząc. Cała ta farsa nie miała najmniejszego sensu.
- Żebyś się kiedyś nie
przeliczył. Myślisz, że znajdziesz swoją ukochaną księżniczkę, która będzie ci
gotować obiadki w wieku osiemnastu lat i klepać po główce? Człowieku obudź się,
jeśli liczysz na cnotkę o królewskich manierach i wzorowym wychowaniu to
polecam zmienić gust. Jakbyś wybrał mnie to…
- Jakbym chciał dziwkę,
to poszedłbym trzy ulice dalej - rzuciłem za siebie, dostatecznie wpieniony,
przyciągając oburzone spojrzenie kilku staruszek.
Tym razem musiałem ją
zdenerwować, bo usłyszałem jak rzuciła kilka niewyraźnych przekleństw, ale
ostatecznie dała sobie spokój.
Dopiero teraz
wydedukowałem, że wychodzenie z domu było jedną wielką głupotą. Postanowiłem
więc wrócić do domu i szykować się na następną, znacznie większą porażkę.
Otworzyłem drzwi z
kopniaka nie przejmując się biedną, nowo pomalowaną ścianą.
Rzuciłem torbę w kąt i zrezygnowany zawiesiłem
płaszcz na pierwszy lepszy wieszak. Nie wyszło mi, w związku z czym znalazł się
na podłodze, ale jakoś niezbyt mnie to interesowało.
Położyłem się na czarnej
wersalce, biorąc do ręki pilota i ze znużeniem skacząc po kanałach. Jak można
się tego było spodziewać, niczego nie było.
- Już wróciłeś? - Mój
„były” współlokator opierał się w wejściu do kuchni, patrząc tymi swoimi oczami
pełnymi nadziei.
- Na wycieraczce nie
będę siedział.
- Zamknięte? A „Cafe
Rica”?
- Nie mogłem tam iść bo
ten babsztyl pewnie poszedłby za mną.
- Samanta?
- Widziałeś, bym miał
inną fankę?
- Ja tam widzę jak
non-stop się za tobą oglądają. Czasami jesteś zbyt zajęty patrzeniem w ekran,
by zauważyć ich głupie wyrazy twarzy, które tylko proszą byś nie odkrył ich
rumianych policzków.
Uczciłem ten komentarz
minutą ciszy, chociaż ziarnko prawdy może i w tym było. W klubie wykupywano
mnie dość często, nawet znacznie częściej niż kolegów z branży. Nie zapominajmy
jednak, że miałem swoje gadane i potrafiłem dostosować się do rozmówczyni. Wygląd
nie był zasługą wszystkiego, choć tak naprawdę zastanawiałem się co jest
pociągającego w trupiej cerze, sterczących włosach i widocznych kościach
policzkowych. Kobiety naprawdę są jakieś dziwne.
- Obejrzymy film? - Nawet nie zauważyłem, kiedy
przysiadł tuż obok, zabierając pilota.- Skończyłem sprzątać, kiedy ty
postanowiłeś iść na wycieczkę.
Z ciekawości rozejrzałem
się wokół i faktycznie; z półek zniknęły zbędne rzeczy, kanapa była złożona,
łóżko pościelone, duperele i książki poukładane na swoich miejscach, a moje
papiery złożone w jeden, równiutki stosik.
- Nie wiem za kim będę
tęsknił bardziej, za Kamilem, czy za gospodynią.
- Nie załamuj się.
Zawsze jest szansa, że trafisz na pedanta, a wtedy szybko również i ty będziesz
pracował jak gospodyni domowa.
- Dalej jestem zdania,
że trafie na jakiegoś zboczeńca.
- A co? Masz jakiś uraz?
- Urazem bym tego nie
nazwał, ale wolę wiedzieć z kim mieszkam. W mojej pracy spotykam naprawdę wielu
ludzi, z którymi nie chciałbym mieć nic wspólnego. Nie znasz życia chłopcze.
- Jestem od ciebie
starszy synku. Mnie jakoś się nie bałeś.
- Bo wyglądałeś jak
popierdek. Z resztą to wyglądasz tak nadal - uśmiechnąłem się wrednie na widok
jego załamanej miny.
Po jakimś czasie oboje
umilkliśmy, zatracając się w obrazie emitowanym przez grające, kolorowe pudełko
niczym rasowe bezmózgi.
Co jakiś czas
wysyłaliśmy się wzajemnie po paczkę popcornu, choć osobiście wolałem go robić
sam. Gdy robił go Kamil to zazwyczaj był po prostu spalony.
Sobota spełzła nam na
lenistwie i przewracanie się z boku na bok. Korzystając z chwili ciszy zdążyłem
sobie uciąć krótką drzemkę i doczytać kilka rozdziałów książki. Szybko mi się
znudziło, więc mimowolnie usadowiłem się z powrotem na kanapie, oglądając jakiś
mało ambitny reality show.
Gdy zegar wybił
odpowiednią godzinę, Kamil spojrzał na mnie znacząco, a ja poczułem się jeszcze
gorzej niż wcześniej.
Nawet pomijając to, że robiłem problem z
niczego, to uważałem, że olanie sprawy naprawdę nic mi nie da. Chyba nie
pozostawało mi nic innego jak pogodzić się ze swoim losem, wybaczyć wszystkie
malutkie grzeszki; szczególnie te z samego rana i liczyć na cud. Szansa mała,
ale zawszę.
Przypomniał mi się
wczorajszy dzień, kiedy wracając pociągiem spotkałem typowych przedstawicieli
wieku „naście” i z powrotem zrobiło mi się ciężko na żołądku. Kamil był
aniołkiem, który nie wtrącał się w to co robię. Nie przeszkadzał mi i właściwie
to zachowywał się tak, jakby wcale go nie było.
Niestety, szansa na tak
mało kolizyjnego lokatora jest mniejsza od prawdopodobieństwa wystąpienia
mendy.
Myśląc o tym, lekko podskoczyłem, gdy dzwonek
drzwi zbudził mnie z transu.
- Otwórz! - usłyszałem z
kuchni.
Powolnym krokiem powlokłem się do drzwi, ze
znudzonym wzorkiem naciskając na klamkę.
- Dzień dobry, czy
zastałem Kamila Olbry…- Musiałem zamrugać kilkakrotnie, by uwierzyć, że to ten
idiota z krwi i kości. Zboczeniec z pociągu stał właśnie przez moimi drzwiami,
podpierając się o kulach i trzymając w łapie jakieś kartki. Sądząc po jego
inteligentnym wyrazie twarzy, musiał mnie poznać. Zaśmiałem się z samego siebie
i całego świata, który postanowił sprawić, bym skończył w jebanym wariatkowie.
Zamknąłem z hukiem
drzwi, chowając twarz w dłoniach.
- Konrad, kto to był?
- Nikt ważny Kamilku,
nikt ważny…
Wait.. What!?
OdpowiedzUsuńA tak na prawdę: życzę dużo weny, bo jak na razie jestem zachwycona <3 zapraszam do mnie
UsuńOjej dziękuje i chętnie wpadnę :D <3
UsuńJestem całkowicie usatysfakcjonowana :D
OdpowiedzUsuńchociaż pewnie w normalnych warunkach błagałabym o więcej, ponieważ dobrego opowiadania nigdy za wiele, aczkolwiek jestem na to już zbyt śpiąca.
Robi się coraz ciekawiej i na prawdę z niecierpliwością czekam na następne rozdziały.
Było kilka powtórzeń, ale całość jak najbardziej na plus :D
Pozdrawiam, życzę dużo weny i w sumie też zapraszam do mnie, chociaż moje nie jest tak ładnie napisane jak twoje >.<
Dobranoc~
Co ta późna pora robi z ludźmi... xD
UsuńBardzo się cieszę, że jakoś mi to idzie i oczywiście dziękuje za kolejne pokłady weny, która tak btw jest wszystkim co potrzebuje ;P
Chętnie wpadnę i skomentuje *-*
Więc tego, proszę się mnie spodziewać.
Pozdrowionka :)
Mam współlokatora, znam ten ból... kiedy w poniedziałek wstajesz o 4 rano a w niedzielę w nocy najnowsze hity sprawiają, że zęby dzwonią ;-;
OdpowiedzUsuńUwielbiam Twój styl pisania. Jest taki lekki, swobodny, nie przepełniony tymi wszystkimi "literackimi pierdołami". Też kiedyś wstałam do pracy w sobotę. Ale ja nawet wyszłam z domu i uparcie czekałam na autobus!
Kamil to taka uroczość, mam nadzieję, że mimo wyprowadzki jeszcze się pojawi. A skąd kule u nowego współlokatora? Poprzedni rozdział czytałam w środku nocy, przyznaję, że mogło mi coś umknąć...
Życzę mnóstwa weny i w ramach kryptoreklamy zapraszam do siebie na kojen-niisan.blogspot.com
Większość to ff na podstawie mojego ulubionego anime, Ale właśnie zaczęłam nowe opowiadanie we własnym uniwersum, może przypadnie Ci do gustu :)
Ściskam i pozdrawiam,
Anciel
Ojejku, miło mi to słyszeć *-* Niestety moja kochana polonistka uważa całkowicie inaczej, w związku z czym jadę na trójach z minusem ;-;
UsuńSzkoła wszystko psuje itd, ale to już tak na marginesie.
Kamilek jeszcze zagości, ale na jakiś czas postanowił wypocząć od współlokatora-bałaganiarza. Apropo kul, to wspomniałam o tym dopiero w tym rozdziale, a cała historia na swoje wyjaśnienie. Oczywiście wenę przyjmę z radością i z chęcią skorzystam z twojej reklamy. Pewnie zostawię jakiegoś ładnego koma.
Pozdrówki i uściski ;)