Zegar ścienny tykał w rytmie zgranej orkiestry,
pomieszczenie wypełnił delikatny odór drogiej whiskey, połączonej z tytoniem i
ekskluzywnymi perfumami. Towarzystwo spędzające wolny wieczór w lokalu, nie
pozwalało sobie na oszczędność. Produkt luksusowy zawsze nim był i właśnie taki
pozostawał.
Sala była spora, choć jej wnętrze obstawione było stolikami,
przy których przesiadywały rozchichotane kobiety w pięknych wieczorowych
sukniach i mężczyźni ubrani w stylowe garnitury od Armaniego.
Nad wszystkim górował przytłumiony głos śpiewaczki, ubranej
w białą suknię, która mimowolnie eksponowała jej figurę i kontrastowała z
opaloną skórą. Uśmiechała się do widzów, ujmując melodyjnie treści piosenki.
Na końcu pomieszczenia umiejscowiony był bar z różnorodnymi
trunkami, jednak on również zachowany był w eleganckim wystroju.
Pojedyncze lampy na stolikach i zwisające znad sufitu
niewielkie żyrandole, dawały mętne światło, przez co sylwetki rzucały
niewyraźne cienie po karmazynowych ścianach.
Wśród gości, dostojnym krokiem przemieszczali się kelnerzy.
Na ich twarzach widniały szerokie uśmiechy, mające na celu podkreślić ich
przyjazne nastawianie.
Matowa czerń łączyła się ze śnieżnobiałymi koszulami, które
przykrywał gustowny żakiet. Całość komponowała się z krawatem, bądź też
czerwoną muszką, zależnie od gustu.
Wśród nich, był jeszcze jeden typ facetów. Ci z kolej
rozsiadali się wygodnie w towarzystwie bogatych kobiet, ujmowali je ciekawą
rozmową, sprawiali wrażenie bycia zainteresowanymi i robili za pomocnego
przyjaciela.
Hostem mógł być każdy, o ile oczywiście dobrze wyglądał i
potrafił ująć rozmówczynie ciekawym tematem.
Konrad z początku
myślał, że ta praca jest zbyt płytka i mało w niej pola do popisu. Nic bardziej
mylnego. W ciągu wieczora panie wykupywały sobie jego osobę kosztem sporych
pieniędzy, po czym wyżalały się ze swoich problemów o nie kochającym mężu,
zadłużonej rodzinie, problemach w pracy i tak dalej w nieskończoność. Jego rola
przypominała mu nieco pracę aktora. Miał za zadanie słuchać, bądź raczej stwarzać
pozory wiernego słuchacza; uśmiechać się, wyglądać jakby interesowały go
problemy jakiejś nieznajomej kobiety. Ona miała znaleźć w nim oparcie, nakręcać
rozmowę, przywiązywać się do niego, by w najbliższym czasie przyjść z powrotem
i zapłacić kolejną kwotę za nic nie znaczące spotkanie. W ten sposób samotne
osoby, pragnące złudnego szczęścia, popadały w długi. Tak właśnie wyglądał jego
zawód.
- Nie rozumiem, jak mógł mi to zrobić. Jesteśmy małżeństwem
od kilku lat, a mimo tego porzucił mnie i dzieci.- Kobieta w pistacjowej
sukience opadła ciężko na oparcie kanapy.
- Zostaw go, pozostawił was na pastwę losu - odparł
rzeczowo, napełniając po raz kolejny lampkę wina. Rubinowa substancja ponownie
wypełniła objętość kieliszka i wylądowała w szczupłych dłoniach,
przyozdobionych francuskim manicure. Blondynka odchyliła lekko głowę,
pozwalając by wino dotknęło jej pomalowanych ust i z rozkoszą pieściło
podniebienie.
- Mówił, że żałuje związku z tamtą kobietą, więc mu
wybaczyłam - odparła po raz kolejny.- Ale on wrócił do niej! - moment później
chłopak zauważył, jak spod sztucznych rzęs spływają łzy, a na umalowanej twarzy
ponownie ukazuje się grymas. Znał go już od pewnego czasu.
Zmęczony, spojrzał na wielki zegar, osadzony na przeciwnej
ścianie i uśmiechnął się do siebie pod nosem.
- Nie rozpamiętuj tego, masz szansę na lepsze życie, w
dodatku na swoich warunkach. Nie oczekuj nagłych zmian, nie wybaczaj, po prostu
idź własną drogą.- Blada twarz w jednej chwili przybrała szeroki uśmiech, a
ciemne oczy zaiskrzyły żywo. Położył zimną dłoń na kobiecym nadgarstku, recytując
swoją ulubioną formułkę:
- To od ciebie zależy, czy będziesz szczęśliwa. Pamiętaj, że
zawszę będę dla ciebie wsparciem - po tych słowach przywykł widywać wiele. Zwykle
był to uśmiech na przypudrowanej twarzyczce, ciche dziękuję, a nawet
pochlipywanie. Nie ważne co to było, ważne że działało jak należy.
Zegar wybił godzinę dwunastą, dając mu coś, czego pragnął
bardziej niż ciepłego kebaba z budki niedaleko stąd – świętego spokoju.
- Nasz czas dobiegł końca, mam jednak nadzieję, że zobaczymy
się w najbliższym czasie - powiedział przyciszonym głosem, przez co kobieta
uśmiechnęła się delikatnie, znacznie rozpromieniona.
Pożegnali się krótkim
uściskiem. Minutę potem leniwie opuściła lokal, pozostawiając na wpół pustą butelkę
wina i swojego „wynajętego przyjaciela”.
Teraz mógł nazwać się szczęśliwym człowiekiem, a jedyne co
pieściło jego uszy, to melodia dochodząca ze strony sceny. Rozwalił się na
czerwonej kanapie, nie przejmując zbytnio gośćmi i zasadami kulturalnego
zachowania w tak zwanym „miejscu publicznym”.
Leniwym ruchem, wyciągnął dłoń przed siebie, chcąc sięgnąć
połyskujący kieliszek, jednak coś uderzyło go w połowie drogi i zwinnie
usadowiło się tuż obok.
- Eee… Bo ci potrącą z wypłaty - rudy kelner zbeształ go, po
chwili szczerząc twarz w szerokim uśmiechu. - Znowu będziesz chciał, bym ci
batoniki zafundował.
- Usamodzielniłem się, od teraz kupuje czteropaki.
- Co to ma do rzeczy?
- To, że wystarczają mi od poniedziałku do czwartku, a ty
masz obowiązek stawiać mi je jedynie w piątek. Weekend sobie odpuszczę bo nie
zawszę pracuje.
- Dziękuje, mój zbawco.
- Drobiazg.
Przez chwilę
siedzieli w ciszy, wsłuchując się w otoczenie i napawając czymś, co przeciętny
człowiek kocha bardziej niż własną rodzinę: weekend.
Tak, dziś był piątek, a co za tym idzie, można się w spokoju
wyspać, nie przejmując tym, że lada chwila budzik z melodią „Djary of Jane”
wyleci na drugi koniec pokoju, że kac ograniczy myślenie na kartkówce z
pierwiastków, czy nawet, że znowu najdzie ochota na dyskusje z szatniarką i
rzucanie złośliwych komentarzy typu: „glany zmienione na czyste glany, to
również zastosowanie się do szkolnej reguły, mówiącej o zmianie obuwia.”
Śpiewaczka ucichła, a po sali rozniosło się echo pod postacią
żywych oklasków.
- I jak w robocie? - Konrad zagadał po chwili, widząc jak Bartek
bawi się skrawkiem swojego rękawa. Zwykle gdy czuł się znudzony, to skupiał
uwagę na psuciu wszystkiego co miał pod ręką. Teraz akurat nic nie miał, ale
firmowy uniform chyba też się liczył.
- Co cię to tak nagle interesuje?
Pracujemy na jednej sali.
- Nie, po prostu martwię się o tą panią, którą przypadkowo
oblałeś winem dwa dni temu - uśmiechnął się złośliwie, a rudzielec nadymał
policzki, na wzór dziecka z zerówki.
- Ha, ha, ha… Każdemu się zdarza. Jestem zabiegany, latam z
pełną tacą od stolika do stolika, muszę wyglądać elegancko przez kilka godzin,
poruszając się w tych ciemnościach i na dobór złego zmuszony jestem słuchać
twoich wyuczonych akapit po akapicie kłamstw - spojrzał na niego krytycznym
wzrokiem, wychodzącym spod burzy włosów, które ostawały we wszystkie możliwe
strony i opadały ochoczo na oczy. Nie było się co dziwić, że wpadł z tacą na tę
kobietę.- Kto cię dziś wykupił?
- Sylwia mój drogi kompanie, Sylwia - westchnął, widząc jak
zielone oczy wpatrują się w niego, niczym dziecko w nowy podręcznik od
matematyki.- Mężatka z dwójką dzieci, zdradzona przez męża, poproszona do
pomocy w spłacaniu jego długów, po tym, jak ją przeprosił i błagał, po czym
porzucona ponownie i pozostawiona z wysokim kredytem.
- Aaa..! Ta Sylwia, dobra luz - przerwał tak
entuzjastycznie, że Konrad mało co nie upuścił telefonu, na bogu ducha winne
płytki.- Za dużo ich masz, nie ogarniam już z kim i kiedy rozmawiasz.
- Czy ja wiem…
- Nie szło ci.
- Co?
- Widziałem ten tęskny wzrok w stronę zegara. Mnie nie
oszukasz.- Zabrzmiało by to może poważnie, gdyby nie to puszczone oczko i
wybuch nagłego śmiechu.
Bartosz Kuśmierczyk
miał 20 lat, przy czym zachowywał się jak rasowy dzieciak. Przyjaźnili się od
roku, kiedy Konrad rozpoczął bycie hostem, a ich relacje krążyły głównie
wokół pracy w klubie i wieczornych
powrotach do domu. Mimo tego, Bartek traktował go jak dobrego kumpla, choć ten
drugi nie raz beształ jego osobę w celu czysto rozrywkowym, bądź „bo taki miał kaprys”.
- Nie kwestionuj mojej miłości. Jestem z nim szczególnie
mocno związany, szczególnie na wykładach i podczas pracy tutaj. Nie mogę
oderwać wzroku od jego okrągłych kształtów.
- Nie płacę ci za wlepianie wzroku w zegar - kobiecy głos
dobiegł ich zza pleców, przy czym obaj odwrócili się jak na komendę.
Szefowa klubu, ubrana była w granatową sukienkę;
podkreślającą jej dekolt i opinającą się w okolicy bioder. Długie blond pasma,
upięła w wysokiego koka, a jej powieki rozświetlały srebrzyste cienie i mocne,
kocie kreski.- Możecie już iść, Olaf i Edmund przyszli wcześniej, więc macie
wolne. Jednak potrzebuje jednego z was w roli kelnera, na niedzielny wieczór.
Impreza rodzinna, im więcej rąk tym lepiej.
Konrad szybkim ruchem, wyciągnął z kieszeni mały notesik,
modląc się w duchu o jakiś obiadek u babci, spotkanie na uczelni, czy nawet premierę
wyczekiwanego filmu na polsacie. Niestety nic.
- Widzę, że masz wolne - kobieta uśmiechnęła się pod nosem,
widząc jak szatyn chowa z powrotem notes do kieszeni, ze skwaszoną miną.
Odczytali go. Znowu. Oznaczało to, że z gnicia w łóżku nici.- W takim razie
skarbie, bądź od 19.00, a teraz lećcie do domu, bo znowu spóźnicie się na
pociąg. Nie chciałabym spotkać was zmarzniętych na dworcu.
Bez słowa ruszyli na drugi koniec sali, chwytając za klamkę
drzwi, przyozdobionych zawieszką „Tylko
dla personelu”, po czym bez słowa zdjęli z siebie eleganckie ubrania,
zamieniając je na proste jeansy, bluzy i zimowe płaszcze.
- Cześć - rzucili na wychodne, w kierunku kolegów z
następnej zmiany i wyszli na zewnątrz.
- Ja pieprzę, ale piździ! - wyższy rudzielec zawył z
oburzeniem, gdy zimny podmuch owiał ich ciała.
- Piździ od tygodnia, jakbyś nie zauważył - szatyn odparł z
poirytowaniem, wkładając do ust miętówkę. Usiłował ignorować wycie i skomlenie
dochodzące z istoty idącej obok niego.
Szybkim krokiem skierowali się na jedną z głównych ulic
Warszawy.
Klub Da
Vinci mieścił się niemal, że w centrum stolicy, jednak był dość specyficzny;
różnił się od innych obiektów.
Zaczęło się od tego, że jego założycielka wpadła na pomysł,
by zainspirować się japońskimi host klubami. Jak wymyśliła tak też uczyniła.
Miejsce w którym pracowali, miało
elegancki wystrój, klientów zabawiała piękna śpiewaczka, słychać było odgłosy
jazzu, podawano trunki i wino wysokiej jakości, a osoba która była w stanie
zapłacić więcej, była traktowana czysto po królewsku. Można było spotkać wiele
par i ludzi, zarówno tych bogatszych jak i tych, którzy spędzali pojedynczą
uroczystość; rocznicę ślubu czy romantyczną kolację przy świecach.
Między tym romantycznym nastrojem, znajdował się pewien typ
kobiet, mianowicie tych samotnych. Właśnie w tym momencie zaczynało się zadanie
hostów.
Klientka po przejrzeniu albumu, ze zdjęciami pracowników,
płaciła za określony czas i wybierała swojego rozmówcę.
Pracowników było stosunkowo niewielu, jak na tak spory
lokal. Działo się tak głównie dlatego,
ponieważ panowie zamieniali się rolami, pracowali zwykle zarówno jako host,
kelner i barman. Niestety, nie ułatwiało im to zadania, ponieważ dni pracy były
stawały się bardzo nieregularne.
- Chodźmy coś zjeść. Zaraz zdechnę - Bartek westchnął
teatralnie, rzucając się na ramię niższego. Nie różnili się jakoś specjalnie, 8 centymetrów nie
robiło jakiejś wielkiej tragedii.
- Nie śliń mi płaszcza bo cię trzepnę.
- Przepraszam - wydukał zrezygnowany, choć jego mina wcale
nie wskazywała na to, że miał zamiar przestać.-
Ale nic nie jadłeś, jeszcze trochę i ci się pogorszy.
- Co ma mi się znowu pogorszyć?
- Masz kościstą twarz.- Przez chwilę patrzył na niego, jak
na życiową porażkę.
- Ty jak coś czasami palniesz.
Minęli
właśnie skrzyżowanie. Na ulicach kłębiły się samochody, a miasto rozświetlały
błyski latarni i neonów. Mimo później pory, Warszawa wciąż żyła; jakby nie
patrzeć był piątek.
Ludzie kręcili się w małych grupkach, śmiejąc i szykując do
dobrej zabawy w klubach.
- To chociaż kupmy coś na wynos.
- Nie, wystygnie mi zanim dotrę do domu.
- To sobie odgrzejesz.
- Filip zepsuł mikrofalę.
- To kup sobie nową.
- Nie, bo znowu ją zepsuje. Tragedie trzeba zdusić w
zarodku.
- Cholera, dlaczego nawet w najdurniejszej rozmowie, o dupie
Marynie, robisz z ludzi debili? - Konrad nic nie odpowiedział, uśmiechnął się
chytrze i teatralnie poruszył brwiami.
Szli jeszcze jakieś 15 minut, po czym zeszli do podziemnego
metra i z dezaprobatą spojrzeli na zegarek.
- Kiedy masz pociąg? - Bartek zapytał ponownie. Mimo iż
często wracali o tej samej porze, nie miał najmniejszego zamiaru zapamiętać
godziny odjazdu.
- Dziesięć minut temu - odparł spokojnie, a chwilę potem obaj
usłyszeli nadjeżdżający pociąg.- Coś wcześnie dzisiaj. Mówiłem ci już, że
kocham PKP - rzucił rudzielcowi krótki uśmieszek i władował się do zapchanego
pociągu.
Jego akademik znajdował się jakieś pół godziny drogi stąd,
zatem czekał go czas pełen wrażeń i przepoconych ludzi. Jak on cholernie kochał
PKP.
Maszyna ruszyła, a grawitacja powoli spełniała się w swoim
zawodzie, majtając go między staruszką, a jakimś facetem w okularach.
Odmówił arię brzydkich słów, kiedy kierowca gwałtownie
zahamował, przez co poleciał na babcię stojącą obok. Ostatnimi czasy
zastanawiał się, kto dał temu komuś prawo jazdy i pozwolenie. Nie ważne,
niedługo nie wytrzyma i osobiście się go zapyta.
Ludzie często mówili mu, że jest zbyt bezpośredni, wredny i
złośliwy, on odpowiadał im zawszę to samo, przybierając swój firmowy, złośliwy
uśmieszek: „po prostu jestem szczery”.
Po jakimś czasie, nie mógł ustać na miejscu, przez co zaczął
przeskakiwać z nogi na nogę. Wydawać się mogło, że szalony konduktor zaprzestał
popisów, ale nic bardziej mylnego. Pociąg zahamował bardziej gwałtownie niż
poprzednio. Szatyn stracił równowagę i wywinął się do tyłu.
Uderzył w kogoś i właśnie ten ktoś, wydał z siebie niezbyt
zrozumiały dźwięk. Poczuł jak coś mokrego przenika przez materiał jego bluzy, a
piskliwy, damski głos, ukazuje swoją prawdziwą siłę uderzeniową.
- Uważaj co robisz, do cholery! - Pasażerowie zwrócili się w
kierunku blondyny w wysokich koturnach. Biały płaszcz, w piękny sposób prezentował
na sobie wylaną kawę, a ostro pomalowana twarz, wykrzywiła się w grymasie
złości.- Kurwa mać, następy dupek.
- Konduktor jest tam.- Odparł spokojnie i wskazał palcem w
kierunku, gdzie mieściła się kabiny kierowcy.
- Co do cholery?!- Przez moment patrzyła na niego
oszołomiona, zaraz potem złość na nowo wykrzywiła jej czerwone usta.
- Chodzi mi o to, że z tym to nie do mnie. Widzi pani, żebym
prowadził ten pociąg?
- Nie obchodzi mnie to. Życzę sobie pieniędzy na pralnie, od
pewnego idioty, który postanowił taranować pasażerów.
- Wychodzi na to, że mamy już dwóch sprawców - Rzekł w
zamyśleniu.- Po pierwsze, konduktor z duszą rajdowca, po drugie, prawa fizyki.
Pani sprawa, od kogo wyłudzi pani kasę na pralnie, a teraz przepraszam bardzo -
uśmiechnął się serdecznie i zaczął przepychać w kierunku sąsiedniego
przedziału.
Czuł, że baba za szybko by mu nie odpuściła, gdyby tylko tam
został. Postanowił, że lepiej będzie dyskretnie się ewakuować i nie psuć sobię
samopoczucia w piątkowy wieczór.
Tym sposobem, zawitał w kolejnym wagonie, który jak na zbawienie,
świecił pustkami. Może raczej „prawie” byłoby stosowniejszym określeniem.
Z końca przedziału dobiegły go śmiechy i krzykliwe zwroty.
Młodzieńcza,
czteroosobowa grupka, przesiadywała właśnie w swoim wesołym towarzystwie,
całkowicie ignorując to, że są w miejscu publicznym i robią szum słyszalny
kilka wagonów dalej.
- No tak, piątek.- Wydukał do siebie, siadając kilka miejsc
przed nimi.
Zadowolony z
faktu, że pozbył się kobiety z piekła rodem i że jego szlachetne cztery litery
znalazły swój własny przylądek spokoju, wyjął z małej torby niedużą książkę.
Przekartkował kilka stron i usiłował się wyłączyć.
- I wtedy kurwa widzę, jak wyszedł z tego pokoju i takie,
jaaa pieprze…- zdusił w sobie chęć pójścia i wywalenia z pociągu nadpobudliwej
dziewczyny w różowych air max’ach, wracając z
trudem do dalszej lektury.
- Kamil, weź pożycz na fajki.
- Nie mam kasy.
- To na piwo.
- Mówię ci kurwa, że nie mam!
Śmiechy i pojedyncza kłótnia, coraz mocniej wbijały się w
jego czaszkę, więc z hukiem zamknął książkę. Towarzystwo widocznie trochę się
rozszalało.
Wyglądali jak jego rówieśnicy, więc nie ukrywał, że
słuchając ich, rozkładał ręce nad swoim własnym rocznikiem. Zaczął zastanawiać
się nawet, czy nią są delikatnie wstawieni. Laska w różowym raczej schlana w
trzy dupy, tak dla sprostowania.
Zaledwie moment później, na scenie pojawiła się kolejna
gwiazda. Ta z kolej ubrana była w elegancki płaszcz i gruby czarny szalik, a na
jej nogach widniały wypastowane, skórzane buty.
Prawie ogłuchł, kiedy
Madonna odbębniła w jednej ze słuchawek, które wsadził sobie do uszu kilka
minut temu. Z przykrością stwierdził, że nawet ona nie jest w stanie ich
zagłuszyć. Skrzywił się lekko i rozdrażniony wyłączył muzykę. Wszystko zaczynało
go wpieniać.
Nowy pasażer wyciągnął z kurtki telefon i usiadł przede nim,
skupiając się na ekranie urządzenia.
Nastąpiła
chwila ciszy, grupka młodzieży siedząca z tyłu, również postanowiła się nieco
przymknąć.
- Przepraszam, mogę zrobić ci zdjęcie? - Na chwilę miał
wrażenie, że ogłupiał. Spojrzał na bruneta siedzącego przed nim i nie odzywał
się. Duże, migdałowe oczy o orzechowym kolorze, wbijały w niego wzrok.
- To do mnie było?
- Sam do siebie przecież nie gadam - rzucił tylko.
- Mogę wiedzieć, po kiego grzyba? - odezwał się mało
przyjemnie, gdy tylko przypomniał sobie o sztuce, jaką jest „mowa”.
- Bo masz śmieszną fryzurę.
- Każdego, kto ma włosy na żel, prosisz o zdjęcie?
- Nie, to będzie pierwszy raz.
Zapanowała
niezręczna cisza, a brunet nadal wiercił go spojrzeniem.
- Nie.
- Już dawno zrobiłem.
Nie miał
zamiaru się odzywać. „Psychol”- powtarzał w głowie, kiedy chłopak na nowo
postanowił go ignorować i znowu ślęczał przed ekranem - „zboczeniec jakiś”.
Ciężko było mu opisać radość, jaką odczuwał, kiedy drzwi
otworzyły się przed właściwą stacją. Wypruł z pociągu, nie zwracając uwagi na
to, że towarzystwo z jego wagonu również podążyło tym śladem.
Miał już przyśpieszyć kroku, czy nawet odbiec jak
najszybciej od schlanych rówieśników i zboczeńca, ale coś przykuło jego uwagę.
Przystaną w pół koku, odwracając się za siebie. Kilka metrów dalej doszło do
konfrontacji, której osobiście wolałby uniknąć.
- To albo wyskakujesz z kasy i nie będzie problemu, albo
zajmiemy ci trochę czasu.- Wysoki chłopak; ubrany szarą bluzę, staną przed
brunetem, popychając go do tyłu.- Umiesz mówić?- Szarpnął lekko jego płaszcz,
kiedy ten wciąż milczał, patrząc na niego spod byka.
- Darek, widzisz jaki
słodziutki? - jedna z dziewczyn zapiszczała wesoło.
- Długo jeszcze masz zamiar się z nim bawić? - drugi
chłopak, który właśnie podpalał papierosa, odezwał się nagle.- Bierz torbę,
komórkę i spadamy.
- Dobra, gdzie ci się śpieszy…? Słuchaj kolego, nie chciałeś
po dobroci to n…- Nie dokończył, ponieważ chłopak uderzył go z łokcia, na co
dziewczyny krzyknęły zaskoczone. Drugi dresiarz natychmiast zaszedł go od tyłu
i uderzył w bok, przez co brunet wylądował na ziemi. Cała czwórka górowała nad
nim, gdy ten usiłował podnieść się z ziemi.- Teraz to żeś się doigrał.
- Stać, Polica! - „Co ja odwalam?!”
Dresiarze odwrócili się jak na komendę i spojrzeli w
kierunku szatyna, który trzymał przed sobą legitymacje klubową. Teoretycznie
mieli się nabrać, w końcu wyglądał całkiem strasznie. Jedyne o co prosił, to by
nie zdołali dostrzec prawdziwego znaczenia dokumentu.
- Szlag by to! Spadamy! - Z uśmiechem patrzył, jak osiedlowi
„kozacy” znikają z pola widzenia. Czasami miał wrażenie, że albo jest zbyt
mądry, albo ludzie w ogóle nie myślą. Nawet odznaki nie miał…
- W porządku?- Podszedł do leżącego, kiedy ten powoli stawał
na nogi.
- I po co się wtrącałeś?! - warkną z nieukrywaną złością.-
Poradziłbym sobie.
Zdębiał.
Ryzykował, by nie obili mu mordy, a ten jeszcze ma pretensje.
- Nie wiem jak chciałeś to uczynić, szlifując mordą chodnik.
- Przecież ci mówię, że poradziłbym sobie.- Jak na zawołanie
zachwiał się do tyłu, lądując z powrotem na cztery litery.
- Matko i córko, ulżyj światu i nie rób z siebie jeszcze
gorszego idioty.- Brunet nadymał policzki, zupełnie na wzór Bartka.- „Następne
duże dziecko, spotkane na drodze mojego młodzieńczego życia.”
- Wstawaj z tego chodnika, chyba że chcesz sobie odbitkę
własnej dupy kostce brukowej zrobić.
- Przezabawne.
- Też tak uważam, więc się rusz, bo to naprawdę kiepsko
wygląda.
- Nie
- Bo?
Odpowiedziała mu cisza.
- Idź sobie.
- W domu wszyscy zdrowi?
- Mówię serio, idź sobie.
- Nasz klient, nasz pan.- Wzruszył ramionami i ruszył powoli
w odwrotnym kierunku.
Spodziewał się nawoływania, czegokolwiek. Nic się nie
wydarzyło, szedł więc powoli w kierunku kładki do momentu, aż chłopak nie
zniknął mu z pola widzenia.
- Naprawdę psychol jakiś.
I jesteśmy po pierwszym rozdziale :D
Mam nadzieje, ze jakoś to poszło i opowiadanie wzbudzi ciekawość i zainteresowanie.
Ten rozdział potraktowałam trochę jak takie wprowadzenie, w związku z tym postanowiłam pokusić się o narracje w 3 osobie, aczkolwiek od następnego razu zmieni się ona na pierwszoosobową i taka pozostanie.
Oczywiście zapraszam do komentowania i deklaruje wstawianie nowych rozdziałów na bieżąco :)
Boże, dziewczyno! To było idealne<3
OdpowiedzUsuńI jak ja teraz wytrzymam czekanie na następny rozdział? :D
Mam nadzieję, że ukarze się on jak najszybciej:3
Życzę Ci wielu pomysłów i pozdrawiam:)
Pokuszę się o bycie sumienną osobą xD
Usuń2 rozdział właśnie w robocie, więc myślę, że jak się autorka postara
to wyrobi się nawet na środę :D
Dziękuję za miłe słowa i cieplutko pozdrawiam :)
Cześć, hej.
OdpowiedzUsuńPo pierwszym rozdziale nie można w sumie za dużo powiedzieć, ale zaciekawił mnie (jak wszystko, co ma w sobie chociaż cząstkę Haikyuu). Konrad wydaje się chłopakiem na poziomie, tak samo tajemniczy nieznajomy z pociągu. Szkoda, że nie napisałaś o nim trochę więcej, ale rozdział i tak zadowala długością jak na pierwszy. Nastoletnia ekipa z autobusu była aż zbyt prawdziwa, niestety. I plus za oryginalne, zabawne zachowanie pana z pociągu, jest taki niecodzienny. "Mogę zrobić ci zdjęcie?", "Idź sobie"... Widać, że taki trochę Oikawa z niego, robi i mówi to, na co ma ochotę. A Konrad ładnie się wywinął z sytuacji w pociągu, z tą dziwną babką.
Do błędów można by się przyczepić, bo trochę ich było, ale takie wytykanie po kolei zawsze wydawało mi się chamskie, więc tego nie zrobię. Podpowiem tylko, że w dłuższym tekście liczby piszemy słownie. O, i pisze się "szlag", a nie "szlak". Jeśli nie czujesz się pewnie z szukaniem i poprawianiem błędów, łatwo znaleźć betę.
Wygląd bloga jest ładny, chociaż na Twoim miejscu zmieniłabym tło (albo kolor czcionki) przy komentarzach, bo trochę trudno się rozczytać. Co do tekstu, sugerowałabym zmianę czcionki na jakąś okrąglejszą, jak Times, i justowanie! Tekst wygląda o wiele lepiej, kiedy jest wyjustowany.
Mój komentarz może zabrzmieć jak takie trochę kazanie, ale chcę dobrze, bo opowiadanie zapowiada się bardzo fajnie! Jeśli rzeczywiście będziesz regularnie wstawiać rozdziały, jestem bardziej niż zadowolona.
Powodzenia w pisaniu!
Witaj :3
UsuńBardzo dziękuje za długi i obszerny komentarz. Uwagi zbieram i wbijam sobie do głowy, więc twoja opinia bardzo mnie cieszy i raduje.
Błędy to taki mój nieodłączny problem i szczerze tego nie ukrywam. Mimo wszystko piszę od jakiegoś czasu i robię powolny progress, dlatego chyba wolę uczyć się na własnych błędach. Co do wyglądu to fakt, niektóre rzeczy się zlewają więc sprawnie popoprawiam to i owo. Skoro twój komentarz to kazanie, to poproszę więcej takich kazań, ponieważ bardzo mi pomagają :D
Hmmm, tylko wracając do bety, może jakoś uda mi się kogoś znaleźć.
Witam
OdpowiedzUsuńRozdział bardzo mi się spodobał i deklaruje się na stałą czytelniczkę :D
Trochę literówek było, ale nie zakłócało to w większym stopniu czytania.
Ponadto: „glany zmienione na czyste glany, to również zastosowanie się do szkolnej reguły, mówiącej o zmianie obuwia.” tym zdaniem zdecydowanie mnie kupiłaś xD
Szablon również bardzo mi się podoba i ogólnie to podziwiam, bo moje umiejętności w tym temacie są w okolicach dolnej granicy.
Podsumowując, pisz dalej i jak najszybciej wstawiaj kolejny rozdział, bo jestem strasznie ciekawa dalszego przebiegu spraw :D
Pozdrawiam i życzę dużo weny *u*
Tak, szkoda tylko, że szatniarki nie podzielają tego zdania... xD
UsuńTroszki pracy, czerwone oczy i szablon jest. Lubię męczyć się sama, nawet jeśli nie ogarniam tematu. To tak trochę pod masochizm podchodzi.
Dziękuje za komentarz i moja wena również *-*