Jestem cierpliwą osobą, naprawdę. Szczególnie gdy jestem wyspany. Sytuacja staje się naprawdę zabawna w momencie, gdy kawałek „Djary oj Jane” postanawia zepsuć mi życie już od samego rana. Rzucam wtedy, swój drogi jak jasna cholera telefon, na drugi koniec pokoju. Niestety, tak się składa, że zapominam wyłączyć budzika. Pełen mordu wlokę się w miejsce, gdzie wylądował mój najdroższy „skarb” i najłagodniej jak tylko umiem naciskam przycisk „wyłącz”.
Właśnie w ten sposób rozpocząłem dzisiejszy poranek. Po wypełnieniu swojego dziennego rytuału, stanąłem na środku pokoju jak rasowy debil. Nie pobyłem w tej pozycji zbyt długo, ponieważ ciepłe łóżko przywołało moje ciało jakąś bliżej nieokreśloną siłą. Uległem i rzuciłem się na nie zrezygnowany.
Od zawsze zastanawiałem się, dlaczego co sobotę zapominam, że mam wolne. To już powoli zaczynało robić się nienormalne, a ja definitywnie nabyłem sklerozy.
Jęknąłem z miną boskiego męczennika, nakrywając się nieszczelnie szarą pościelą, którą odziedziczyłem łaskawie od rodziców. Po zmówieniu obszernej arii przekleństw i skierowaniu gniewu na wszystkie możliwe czynniki tego okrutnego świata, postanowiłem dalej iść spać.
Chyba nie muszę wspominać, że wcale nie byłem zdziwiony słysząc ciche pyknięcie w zamku drzwi, a zaraz potem głośny huk roznoszący się echem po budynku.
- Wstajemy kolego, szkoda soboty! - Ubije gnoja, przyrzekam.
Z mordem w oczach, odwróciłem wzrok na postać szczerzącą się w wejściu i z trudem zdusiłem chęć podejścia do niego i obicia mu twarzy.
- Kiedyś cię zatłukę, obiecuje. Teraz jestem zbyt zmęczony, więc uznaj to za litość.
- Mówisz to co weekend, więc wybacz, ale czuje się jako tako bezpieczny. - Jasna fryzura kręciła się po niewielkim metrażu, wprawiając w ruch wszystko co hałasuje i powoduje szum. Blond włosy, podpięte wcale nie pedalskimi spinkami, miały na imię Kamil i kochały wstawać o nieludzkiej godzinie.
- Która jest w ogóle godzina? - rzuciłem ostatecznie, przekręcając się na drugi bok.
- Siódma.
- Co proszę?! - nabuzowany, szarpnąłem się w drugą stronę, ale moje głupie pomysły, posiadały swoje wspaniałe odzwierciedlenie w przyszłości. Zaplątałem się w pościel z hukiem lądując na twardych panelach. - Mogę wiedzieć gdzieś się podziewał o tak nieludzkiej godzinie? Nie to, że się martwię i takie tam, ale wolałbym wiedzieć, czemu otwierasz z kopa drzwi.
- Byłem wczoraj u rodziców. Zapomniałem przywieźć czegoś z domu w ostatni weekend i jakoś tak wyszło. Z racji, iż nie mogli po mnie przyjechać, pojechałem wczoraj do Krakowa i udało mi się wrócić dopiero dziś rano - uśmiechnął się, widocznie uważając swe winy za przebaczone.
Dopiero teraz zauważyłem, że trzymał przy sobie niedużą, podręczną torbę sportową i ubrany był nieco bardziej „wyjściowo” niż zwykle.
Kamil Olbrych był ode mnie starszy o jakieś półtorej roku. Zawsze głupio się cieszył, dużo zakuwał, ale nigdy nie wchodziliśmy sobie w paradę.
Mieszkaliśmy razem od roku i ogólnie rzecz biorąc, żyło nam się bardzo dobrze. Pomimo tego, że obaj wiecznie siedzieliśmy w pokoju, to przyzwyczailiśmy się do wzajemnej ignorancji. Typowe odludki. Zwykle zajmowaliśmy się własnymi sprawami, co jakiś czas rzucając sobie pojedyncze zwroty, jeśli ktoś czegoś potrzebował, bądź też miał jakąś sprawę. To nie tak, że nie mogliśmy się dogadać. Taki układ był nam po prostu na rękę i nie widzieliśmy w tym absolutnie nic złego. Można było jedynie odliczyć poranki, kiedy to w mojego współlokatora wstępuje szatan i postanawia zadręczyć mnie na śmierć.
- Późno wróciłeś? - rzucił mi, gdy wygramoliłem się z pościeli.
- O drugiej - uśmiechnąłem się szyderczo, widząc nagłą skruchę w niebieskich oczach.
- Przedłużyło ci się w pracy?
- Nie, po prostu nieznani mi ludzie stwierdzili, że warto urozmaicić mój dzień o kilka nowych przeżyć, bym miał co pisać w pamiętniczku.
- Masz pamiętniczek?
- Taki różowy z futerkiem, a jego strony pachną słodką brzoskwinią - odparłem zadowolony, cudem przedostając się do toalety.
Pod nieobecność Kamila zdążyłem porozkładać na podłodze to i owo; materiały do sprawdzianów na przyszły tydzień, badania kontrolne, jakieś papiery z pracy i wyciągi z konta. Teraz spoczywały sobie w spokoju, przykrywając większą część podłogi, całkowicie pomieszane i wystawione na ryzyko zdeptania.
- Chcesz jajecznicę?
- Chcę - rzuciłem tylko, stając przed lustrem.
Wyglądałem jak zwykle, czyli jak chodzący bezdomny. Czarne włosy odstawały w każdą stronę, zawijając się śmiesznie do góry, blada twarz uwydatniała sińce pod oczami, a szara koszulka była częściowo uwalona sosem do pizzy. Ciekawe. Czemu wcześniej nie zdołałem tego zauważyć? Być może było zbyt późno, bym choć przez moment zastanowił się, co na siebie wkładam. Przeczuwałem, że w najbliższej przyszłości będzie to źródłem mojej życiowej klęski.
Bez zastanowienia, włączyłem elektryczną szczoteczkę i leniwie przesuwałem centymetr po centymetrze, wciąż podziwiając swój okropny wygląd.
Powoli przestawałem się dziwić, czemu ludzie się tak na mnie gapią. Chociaż przepraszam, bo wczorajszy incydent przebił moje najśmielsze oczekiwania.
- Wczoraj jakiś nieznany koleś w pociągu spytał się mnie, czy może mi zrobić zdjęcie - wymamrotałem z wirującą szczoteczką w ustach.- Odpowiedziałem mu, że nie. Chyba się nie posłuchał bo przyznał się, że i tak je zrobił.
- Na twoim miejscu poszukałbym swojej twarzy na fan serwisach, portalach randkowych albo na jakiś bardzo nieetycznych stronach.
- Wiedziałem, zboczeniec jakiś - westchnąłem, po raz kolejny żałując swojego smutnego losu.
Przemyłem twarz zimną wodą, na co nieco się wzdrygnąłem i ochlapałem pół łazienki, po czym niezdarnie nałożyłem na dłoń porcję żelu. Wsmarowałem we włosy, stawiając część z nich ku górze i stylizując przydługą grzywkę. Całość utrwaliłem lakierem, po czym zdałem sobie sprawę, że odwaliłem się gorzej niż kobieta. Mówi się trudno.
Leniwie sięgnąłem po mopa, stojącego w kącie niewielkiego pomieszczenia, po czym wytarłem ślady po swojej obecności. Albo umywalka była definitywnie za mała, albo to ze mną było coś nie tak.
Opuściłem łazienkę i zasiadłem przy niewielkim stole z miną zbitego psa. Było mi zimno, chciało się spać i wyglądałem jak nieszczęście. Dobrze, że jedzenie chociaż miło skwierczało na patelni. Zaraz, czy jajecznica powinna skwierczeć?
- Kamil, jedzenie ci się pali!
- Cholera! - To sobie pojadłem.
Tak jak myślałem. Śniadanie nieco się spaliło, jednak na upartego można było coś z tego zjeść. Postanowiliśmy nie wydawać pieniędzy na kolejne dowozy fast foodów i zjeść to, co zaoferowała mamusina kuchnia Kamilka. Jakby nie patrzeć było mi wszystko jedno, w końcu byłem głupi i nie poszedłem wczoraj na tego kebaba z Bartkiem.
- Kto robi zakupy w tym tygodniu? - dopytałem, patrząc jak blondyn zjada kolejne porcje, dziwnie się krzywiąc. - W sumie to ty robiłeś ostatnio, a ja mam dziś wolne. Oddam tylko kilka książek do biblioteki i…
- Muszę ci coś powiedzieć.
Na chwilę zapadła cisza, przez co podrapałem się nerwowo po karku. Nie lubiłem jak zaczynał tak dramatycznie.
- Zawiało grozą.
- Zależy dla kogo. Wyprowadzam się - odparł po chwili, a w jego głosie słychać było nutkę wahania.
Przez moment nie mogłem nijak skomentować tego, co do mnie powiedział.
Gapiłem się jedynie, trawiąc powoli przekaz.
- Kiedy? Nic nie mówiłeś…
- Bo mówię to teraz. Rzecz w tym, że muszę wrócić do domu. Rodzice mają pewne problemy, więc wolałbym na jakiś czas zostać przy nich.
- Nie możesz od tak wyjechać. Co z uczelnią?
- Nie chciałem tego robić, jednak nie pozostaje mi nic innego jak przerwać naukę. Są sprawy ważniejsze.
- Wszystko fajnie, ale co dalej?
- Znajdę coś w Poznaniu, mam dobre wyniki więc nie powinno być większego problemu. Jakoś sobie poradzę.
Lustrowałem go wzrokiem, jednak zdałem sobie również sprawę z tego, że mówi zupełnie serio i już zadecydował. Przyznam, że nie spodziewałem się. Fakt faktem, że mój współlokator dosyć często wyjeżdżał w rodzinne strony, szczególnie podczas weekendów i dni wolnych. Wcześniej jakoś nigdy mocno się tym nie interesowałem.
- Mam ci jeszcze jedno do powiedzenia.
- O Boże, następna niespodzianka. - Teraz spodziewałam się dosłownie wszystkiego, nawet tego, że ma zamiar całkowicie rzucić szkołę i zostać cyrkowcem.
- Znalazłem ci współlokatora.
Zmieniam zdanie, wcale się tego nie spodziewałem.
- Zaraz… Jak? - Jednego dnia informuje mnie zarówno o tym, że po prostu się wyprowadza, a mało tego, bo ma kogoś na swoje miejsce. Dziwiło mnie tylko jedno. Mianowicie czemu nie zapytał mojej zacnej osoby o zdanie? Właściwie to ja miałem zamieszkiwać z tym kimś. Skąd mogłem wiedzieć czy mój współlokator nie będzie jakimś ćpunem, pijakiem, zboczeńcem i tak dalej. - Jeszcze mi powiedz, że wynosisz się dzisiaj, to już całkowicie stracę w ciebie wiarę.
- Właściwie to miałem ci powiedzieć, byś ogarnął nieco te kartki z podłogi. Miał dzisiaj przyjść i podpisać ze mną kilka rzeczy.
- Wszystko fajnie, pięknie i cudownie, ale gdzie w tym wszystkim jest moje zdanie?- W tamtym momencie czułem, jakby w ogóle mnie nie słuchał.
- Przepraszam, ale nie widzę innego wyjścia. Wiem dobrze, że nie dasz rady sam spłacić mieszkania, a chłopak był na tyle zdesperowany, że nie widzę problemu dlaczego nie miałbym oddać mu miejsca. Myślałem, że nie będziesz z tym robił jakiegoś wielkiego problemu.
- Nawet go na oczy nie widziałem.
- Wygląda na porządnego.
- Nie tobie o tym sądzić.
- Przemyśl to. Wykorzystajmy daną nam okazję. Jesteśmy umówieni na szesnastą, więc to będzie twoja szansa. Przyjdź i zadecyduj, ale miej na myśli czynsz.
Westchnąłem po raz setny tego poranka, nabijając się na drewniane oparcie. Niebieskie oczy pewnego typka, wciąż wypalały mi dziurę, a ja starałem się je ignorować. Może i miał racje z tymi opłatami, ale i tak wszystko zależy od tego na kogo trafię.
Ostatnie czego pragnąłem to zamieszkanie ze śmierdzącym typem, o słowniku na miarę światową z paczką fajek po kieszeniach i czystą w lodówce. Z przykrością byłem w stanie stwierdzić, że takich tu nie brakuje.
- Idę do biblioteki. Daj mi czas to przemyśleć - rzuciłem ostatecznie, zdejmując z wieszaka czarny płaszcz i gruby szalik. Sprawnie zmieniłem znoszone japonki na ciepłe, zimowe buty i zapakowałem niedużego laptopa.
- Ale przyjdziesz?
- Tak, przyjdę - odparłem, może zbyt szorstko.
Ostatecznie pochwyciłem parę kluczy ze skrzyneczki i wyszedłem z mieszkania. Na moment mignął mi cień uśmiechu na twarzy blondyna. Przyrzekam, że zabije mendę.
Było pieruńsko zimno. Jednak to nic nowego. Starałem się jak najszybciej przebierać nogami po śliskim chodniku, uważając przy tym, by nie oddać połowy wypłaty dentyście.
Gdzieś w oddali poczułem zapach gofrów i w mgnieniu oka zrobiło mi się smutno z powodu tej zwęglonej jajecznicy. Nawet to dziś schrzanił.
Naprawdę miałem wrażenie, że jakaś nadprzyrodzona siła, postanowiła się na mnie uwziąć, szczególnie tego dnia. Poranna pobudka, pyszne śniadanko, zalana łazienka, kochany współlokator i pan oszust z TVP 1, którego zdaniem powinno być słoneczko i stopnie na plusie, a tymczasem mamy śnieg i totalną pizgawice.
- Ciekawe czym jeszcze obdaruje mnie dziś życie.
Ludzi praktycznie nie było. Być może siedzieli pod kocykiem w towarzystwie ulubionej książki i aromatycznej kawy. Jakoś tak zacząłem im zazdrościć, choć pomysł by ruszyć się z domu należał tylko i wyłącznie do mnie. Zawszę mogłem zostać i przeleżeć pół dnia w łóżku, ale pewna osoba zbyt podniosła mi ciśnienie jak na jeden poranek. Po co będę się stresował, skoro mogłem się sukcesywnie zmyć na kilka godzin?
Moja ulubiona biblioteka mieściła się w centrum miasteczka, położona naprzeciwko niewielkiej kawiarni, gdzie akurat bywało znaczenie więcej ludzi. Zależało też od dnia tygodnia. Zwykle spędzałem weekend w bibliotece, by w spokoju skupić się na pisaniu recenzji i całkowitym zrelaksowaniu. Lubiłem sięgnąć po dobry dramat czy powieść psychologiczną, ale perspektywa wiercenia się na drewnianym krześle niespecjalnie mnie cieszyła. Gdy nie miałem siły i nastroju na intelektualne zmagania, to przesiadywałem wieczorami w kawiarni, upijając się kawą o smaku miodowo -pralinowym i jedząc zacny serniczek. Brałem laptopa i po prostu kręciłem się po sieci, bądź czytałem. Tu było o tyle łatwiej z tego względu, że kosmicznie niewygodne krzesła zostały zastąpione gustownymi czerwonymi kanapami i szklaną ławą.
Powolnym krokiem ruszyłem do budynku i pchnąłem klamkę w dół, jednak o dziwo drzwi nie ustąpiły. Z inteligentnym wyrazem twarzy spojrzałem na tabliczkę „nieczynne” i już miałem zrobić taktyczny odwrót, kiedy usłyszałem głos, którego naprawdę nie chciałem znać.
- Hej, Konrad, zaczekaj! - Moja mentalna porażka biegła właśnie w przykrótkiej spódniczce i wysokich butach, dzierżąc w dłoni papierosa. Czemu dziś? No tak, w końcu jak ma się walić, to czemu nie na całego?
Odwrócić się i odbiec? Może nie zauważy, a nawet jeśli to przecież jest na obcasach. Prędzej by sobie tipsa złamała niż ryzykowała uszkodzenia swojego ukochanego, markowego obuwia. Ale to z myślą o mnie, to też nie wiadomo co tej kobiecie odbije.
- Czemu się nie odwróciłeś? Nie udawaj, że mnie nie słyszysz. - Kurwa mać, no to klęska.
- Bo nie słyszałem.- Bardzo inteligentnie Konrad, bądź z siebie dumny.
- Nie ważne, kocie. Właśnie skończyłam zmianę, więc może poszlibyśmy razem na kawę. - Dmuchnęła chmurą dymu papierosowego, a ja poczułem ogromną ochotę na wyplucie własnej wątroby z jelitem gratis.
- Po pierwsze, żadne „kocie”…
- Jaki cnotliwy - uśmiechnęła się pod nosem, na co musiałem w spokoju policzyć do dziesięciu. Albo stu, już nawet nie pamiętam.
- Po drugie, nie. Tłumaczę ci to już od jakiegoś czasu, więc nie uganiaj się za mną z bezsensownymi propozycjami. To nie przejdzie, nie jarają mnie laski ubrane jak „leśne panienki” ze szlugiem w ręku i słownictwem spod rynsztoka. - Skrzywiła się lekko, jednak sekundę później na czerwonych ustach znowu zawtórował ten parszywy uśmieszek. Ubrana była w to co zwykle, czyli tak zwany ciuch na każdą pogodę. Czy zimno czy ciepło, dupa i tak się wietrzy.
Samanta uczepiła się mnie na uczelni, kiedy to nieświadomy w co się pakuje, podałem jej debilny długopis i jeszcze komplementem rzuciłem. Oczywiście nikt nie śmiał mnie poinformować, że zagadałem do dziewczyny z tak zwanej pierwszej półki sklepowej. Ustanowiła sobie moją osobę za cel niespełnionych pragnień i tak też pozostało do dzisiaj. Nie dość, że znoszę jej piskliwy głos na wykładach, to jeszcze zdarza się zepsuć mi weekend.
Dziś miała na sobie czarne koturny z futerkiem, krótką spódniczkę i białą kurtkę. Długie czarne włosy spięła w wysoki kucyk, a twarz pokrywał szczelny makijaż. Pewnie przed zimnem też chronił.
- Dobra kochanie, skończ z tymi swoimi ideałami. Podobasz mi się, a jak chcę faceta, to zwykle go dostaje, więc myślę, że kolacja ze śniadaniem w moim domu wcale by ci nie zaszkodziła - wynuciła prawie, że z czułością, przyklejając mi się do ramienia.
Poczułem jak żyłka na mojej skroni pulsuje nerwowo. Uchyliłem się gwałtownie, gdy czerwone usta sukcesywnie zmniejszały odległość między nami. Pijawka w ostatniej chwili złapała się murku, by nie stracić równowagi. - Cholera jasna, co ty wyprawiasz?!
- Wybacz, ale próbuje uniknąć następnej porażki w dzisiejszym dniu. - Machnąłem ręką, powoli odchodząc. Cała ta farsa nie miała najmniejszego sensu.
- Żebyś się kiedyś nie przeliczył. Myślisz, że znajdziesz swoją ukochaną księżniczkę, która będzie ci gotować obiadki w wieku osiemnastu lat i klepać po główce? Człowieku obudź się, jeśli liczysz na cnotkę o królewskich manierach i wzorowym wychowaniu to polecam zmienić gust. Jakbyś wybrał mnie to…
- Jakbym chciał dziwkę, to poszedłbym trzy ulice dalej - rzuciłem za siebie, dostatecznie wpieniony, przyciągając oburzone spojrzenie kilku staruszek.
Tym razem musiałem ją zdenerwować, bo usłyszałem jak rzuciła kilka niewyraźnych przekleństw, ale ostatecznie dała sobie spokój.
Dopiero teraz wydedukowałem, że wychodzenie z domu było jedną wielką głupotą. Postanowiłem więc wrócić do domu i szykować się na następną, znacznie większą porażkę.
Otworzyłem drzwi z kopniaka nie przejmując się biedną, nowo pomalowaną ścianą.
Rzuciłem torbę w kąt i zrezygnowany zawiesiłem płaszcz na pierwszy lepszy wieszak. Nie wyszło mi, w związku z czym znalazł się na podłodze, ale jakoś niezbyt mnie to interesowało.
Położyłem się na czarnej wersalce, biorąc do ręki pilota i ze znużeniem skacząc po kanałach. Jak można się tego było spodziewać, niczego nie było.
- Już wróciłeś? - Mój „były” współlokator opierał się w wejściu do kuchni, patrząc tymi swoimi oczami pełnymi nadziei.
- Na wycieraczce nie będę siedział.
- Zamknięte? A „Cafe Rica”?
- Nie mogłem tam iść bo ten babsztyl pewnie poszedłby za mną.
- Samanta?
- Widziałeś, bym miał inną fankę?
- Ja tam widzę jak non-stop się za tobą oglądają. Czasami jesteś zbyt zajęty patrzeniem w ekran, by zauważyć ich głupie wyrazy twarzy, które tylko proszą byś nie odkrył ich rumianych policzków.
Uczciłem ten komentarz minutą ciszy, chociaż ziarnko prawdy może i w tym było. W klubie wykupywano mnie dość często, nawet znacznie częściej niż kolegów z branży. Nie zapominajmy jednak, że miałem swoje gadane i potrafiłem dostosować się do rozmówczyni. Wygląd nie był zasługą wszystkiego, choć tak naprawdę zastanawiałem się co jest pociągającego w trupiej cerze, sterczących włosach i widocznych kościach policzkowych. Kobiety naprawdę są jakieś dziwne.
- Obejrzymy film? - Nawet nie zauważyłem, kiedy przysiadł tuż obok, zabierając pilota.- Skończyłem sprzątać, kiedy ty postanowiłeś iść na wycieczkę.
Z ciekawości rozejrzałem się wokół i faktycznie; z półek zniknęły zbędne rzeczy, kanapa była złożona, łóżko pościelone, duperele i książki poukładane na swoich miejscach, a moje papiery złożone w jeden, równiutki stosik.
- Nie wiem za kim będę tęsknił bardziej, za Kamilem, czy za gospodynią.
- Nie załamuj się. Zawsze jest szansa, że trafisz na pedanta, a wtedy szybko również i ty będziesz pracował jak gospodyni domowa.
- Dalej jestem zdania, że trafie na jakiegoś zboczeńca.
- A co? Masz jakiś uraz?
- Urazem bym tego nie nazwał, ale wolę wiedzieć z kim mieszkam. W mojej pracy spotykam naprawdę wielu ludzi, z którymi nie chciałbym mieć nic wspólnego. Nie znasz życia chłopcze.
- Jestem od ciebie starszy synku. Mnie jakoś się nie bałeś.
- Bo wyglądałeś jak popierdek. Z resztą to wyglądasz tak nadal - uśmiechnąłem się wrednie na widok jego załamanej miny.
Po jakimś czasie oboje umilkliśmy, zatracając się w obrazie emitowanym przez grające, kolorowe pudełko niczym rasowe bezmózgi.
Co jakiś czas wysyłaliśmy się wzajemnie po paczkę popcornu, choć osobiście wolałem go robić sam. Gdy robił go Kamil to zazwyczaj był po prostu spalony.
Sobota spełzła nam na lenistwie i przewracanie się z boku na bok. Korzystając z chwili ciszy zdążyłem sobie uciąć krótką drzemkę i doczytać kilka rozdziałów książki. Szybko mi się znudziło, więc mimowolnie usadowiłem się z powrotem na kanapie, oglądając jakiś mało ambitny reality show.
Gdy zegar wybił odpowiednią godzinę, Kamil spojrzał na mnie znacząco, a ja poczułem się jeszcze gorzej niż wcześniej.
Nawet pomijając to, że robiłem problem z niczego, to uważałem, że olanie sprawy naprawdę nic mi nie da. Chyba nie pozostawało mi nic innego jak pogodzić się ze swoim losem, wybaczyć wszystkie malutkie grzeszki; szczególnie te z samego rana i liczyć na cud. Szansa mała, ale zawszę.
Przypomniał mi się wczorajszy dzień, kiedy wracając pociągiem spotkałem typowych przedstawicieli wieku „naście” i z powrotem zrobiło mi się ciężko na żołądku. Kamil był aniołkiem, który nie wtrącał się w to co robię. Nie przeszkadzał mi i właściwie to zachowywał się tak, jakby wcale go nie było.
Niestety, szansa na tak mało kolizyjnego lokatora jest mniejsza od prawdopodobieństwa wystąpienia mendy.
Myśląc o tym, lekko podskoczyłem, gdy dzwonek drzwi zbudził mnie z transu.
- Otwórz! - usłyszałem z kuchni.
Powolnym krokiem powlokłem się do drzwi, ze znudzonym wzorkiem naciskając na klamkę.
- Dzień dobry, czy zastałem Kamila Olbry…- Musiałem zamrugać kilkakrotnie, by uwierzyć, że to ten idiota z krwi i kości. Zboczeniec z pociągu stał właśnie przez moimi drzwiami, podpierając się o kulach i trzymając w łapie jakieś kartki. Sądząc po jego inteligentnym wyrazie twarzy, musiał mnie poznać. Zaśmiałem się z samego siebie i całego świata, który postanowił sprawić, bym skończył w jebanym wariatkowie.
Zamknąłem z hukiem drzwi, chowając twarz w dłoniach.
- Konrad, kto to był?
- Nikt ważny Kamilku, nikt ważny…
Hej! Kurczę, naprawdę nie ma żadnych komentarzy? :|
OdpowiedzUsuńPowoli sobie nadrabiam, bo ten rozdział jakoś mi umknął (i mimo to smęciłam Ci o dodanie trzeciego, zobacz, jaki ze mnie lamus). No, w każdym razie ten rozdział jest fajny, przyjemnie mi się go czytało. Konrad to ogarnięty chłopak, podoba mi się.
A ta cała Samanta, uch, jakie z niej cipsko wredne. Widzi wyraźnie, że Konrad nie chce jej tknąć, a i tak się lepi, bleh. Oby Kondziu jeszcze jej jakoś pocisnął w następnych rozdziałach, tak, żeby miała focha stulecia i już się więcej nie pojawiła.
I, ojacie, wiedziałam, że nowym współlokatorem będzie ten chłopak z pociągu! Znaczy, to może było troszkę do przewidzenia, bo jakoś musieli się znowu spotkać, ale i tak fajnie wyszło. Ale kule, jakie kule? Co się stało temu przystojniaczkowi?
Mam trudności z czytaniem czegoś ciągiem, więc rozdział trzeci przeczytam pewnie później, ale zapewniam, że wrócę niedługo, bo ciekawi mnie, jak tam wyjdzie z nowym współlokatorem.
Weny!
A nie, wait. Jednak były komentarze, tylko że pod innym postem? O co chodzi? .-.
UsuńO, już tłumacze xD Post jest zapisany w dwóch wersjach, jako "post" i jako "strona" Wchodząc w archiwum, przenosi do postu, a klikając w link ze spisu treści, przekierowuje do strony. Taka magia, aczkolwiek późno się zorientowałam i szybko to poprawie.
UsuńTeż mam trudności z czytaniem czegoś ciągiem, więc dobrze Cię rozumiem xD
Dziękuje baaardzo za komentarz :D