czwartek, 17 grudnia 2015

Rozdział 2

          Jestem cierpliwą osobą, naprawdę. Szczególnie gdy jestem wyspany. Sytuacja staje się naprawdę zabawna w momencie, gdy kawałek „Djary oj Jane” postanawia zepsuć mi życie już od samego rana. Rzucam wtedy, swój drogi jak jasna cholera telefon, na drugi koniec pokoju. Niestety, tak się składa, że zapominam wyłączyć budzika. Pełen mordu wlokę się w miejsce, gdzie wylądował mój najdroższy „skarb” i najłagodniej jak tylko umiem naciskam przycisk „wyłącz”.
 Właśnie w ten sposób rozpocząłem dzisiejszy poranek. Po wypełnieniu swojego dziennego rytuału, stanąłem na środku pokoju jak rasowy debil. Nie pobyłem w tej pozycji zbyt długo, ponieważ ciepłe łóżko przywołało moje ciało jakąś bliżej nieokreśloną siłą. Uległem i rzuciłem się na nie zrezygnowany.
Od zawsze zastanawiałem się, dlaczego co sobotę zapominam, że mam wolne. To już powoli zaczynało robić się nienormalne, a ja definitywnie nabyłem sklerozy.
Jęknąłem z miną boskiego męczennika, nakrywając się nieszczelnie szarą pościelą, którą odziedziczyłem łaskawie od rodziców. Po zmówieniu obszernej arii przekleństw i skierowaniu gniewu na wszystkie możliwe czynniki tego okrutnego świata, postanowiłem dalej iść spać.
Chyba nie muszę wspominać, że wcale nie byłem zdziwiony słysząc ciche pyknięcie w zamku drzwi, a zaraz potem głośny huk roznoszący się echem po budynku.
- Wstajemy kolego, szkoda soboty! - Ubije gnoja, przyrzekam.
Z mordem w oczach, odwróciłem wzrok na postać szczerzącą się w wejściu i z trudem zdusiłem chęć podejścia do niego i obicia mu twarzy.
-  Kiedyś cię zatłukę, obiecuje. Teraz jestem zbyt zmęczony, więc uznaj to za litość.
- Mówisz to co weekend, więc wybacz, ale czuje się jako tako bezpieczny. - Jasna fryzura kręciła się po niewielkim metrażu, wprawiając w ruch wszystko co hałasuje i powoduje szum. Blond włosy, podpięte wcale nie pedalskimi spinkami, miały na imię Kamil i kochały wstawać o nieludzkiej godzinie.
- Która jest w ogóle godzina? - rzuciłem ostatecznie, przekręcając się na drugi bok.
- Siódma.
- Co proszę?! - nabuzowany, szarpnąłem się w drugą stronę, ale moje głupie pomysły, posiadały swoje wspaniałe odzwierciedlenie w przyszłości. Zaplątałem się w pościel z hukiem lądując na twardych panelach. - Mogę wiedzieć gdzieś się podziewał o tak nieludzkiej godzinie? Nie to, że się martwię i takie tam, ale wolałbym wiedzieć, czemu  otwierasz z kopa drzwi.
- Byłem wczoraj u rodziców. Zapomniałem przywieźć czegoś z domu w ostatni weekend i jakoś tak wyszło. Z racji, iż nie mogli po mnie przyjechać, pojechałem wczoraj do Krakowa i udało mi się wrócić dopiero dziś rano - uśmiechnął się, widocznie uważając swe winy za przebaczone.
Dopiero teraz zauważyłem, że trzymał przy sobie niedużą, podręczną torbę sportową i ubrany był nieco bardziej „wyjściowo” niż zwykle.
Kamil Olbrych był ode mnie starszy o jakieś półtorej roku. Zawsze głupio się cieszył, dużo zakuwał, ale nigdy nie wchodziliśmy sobie w paradę.
        Mieszkaliśmy razem od roku i ogólnie rzecz biorąc, żyło nam się bardzo dobrze. Pomimo tego, że obaj wiecznie siedzieliśmy w pokoju, to przyzwyczailiśmy się do wzajemnej ignorancji. Typowe odludki. Zwykle zajmowaliśmy się własnymi sprawami, co jakiś czas rzucając sobie pojedyncze zwroty, jeśli ktoś czegoś potrzebował, bądź też miał jakąś sprawę. To nie tak, że nie mogliśmy się dogadać. Taki układ był nam po prostu na rękę i nie widzieliśmy w tym absolutnie nic złego. Można było jedynie odliczyć poranki, kiedy to w mojego współlokatora wstępuje szatan i postanawia zadręczyć mnie na śmierć.
- Późno wróciłeś? - rzucił mi, gdy wygramoliłem się z pościeli.
- O drugiej - uśmiechnąłem się szyderczo, widząc nagłą skruchę w niebieskich oczach.
- Przedłużyło ci się w pracy?
- Nie, po prostu nieznani mi ludzie stwierdzili, że warto urozmaicić mój dzień o kilka nowych przeżyć, bym miał co pisać w pamiętniczku.
- Masz pamiętniczek?
- Taki różowy z futerkiem, a jego strony pachną słodką brzoskwinią - odparłem zadowolony, cudem przedostając się do toalety.
Pod nieobecność Kamila zdążyłem porozkładać na podłodze to i owo; materiały do sprawdzianów na przyszły tydzień, badania kontrolne, jakieś papiery z pracy i wyciągi z konta. Teraz spoczywały sobie w spokoju, przykrywając większą część podłogi, całkowicie pomieszane i wystawione na ryzyko zdeptania.
- Chcesz jajecznicę?
- Chcę - rzuciłem tylko, stając przed lustrem.
Wyglądałem jak zwykle, czyli jak chodzący bezdomny. Czarne włosy odstawały w każdą stronę, zawijając się śmiesznie do góry, blada twarz uwydatniała sińce pod oczami, a szara koszulka była częściowo uwalona sosem do pizzy. Ciekawe. Czemu wcześniej nie zdołałem tego zauważyć? Być może było zbyt późno, bym choć przez moment zastanowił się, co na siebie wkładam. Przeczuwałem, że w najbliższej przyszłości będzie to źródłem mojej życiowej klęski.
Bez zastanowienia, włączyłem elektryczną szczoteczkę i leniwie przesuwałem centymetr po centymetrze, wciąż podziwiając swój okropny wygląd.
Powoli przestawałem się dziwić, czemu ludzie się tak na mnie gapią. Chociaż przepraszam, bo wczorajszy incydent przebił moje najśmielsze oczekiwania.
- Wczoraj jakiś nieznany koleś w pociągu spytał się mnie, czy może mi zrobić zdjęcie - wymamrotałem z wirującą szczoteczką w ustach.- Odpowiedziałem mu, że nie. Chyba się nie posłuchał bo przyznał się, że i tak je zrobił.
- Na twoim miejscu poszukałbym swojej twarzy na fan serwisach, portalach randkowych albo na jakiś bardzo nieetycznych stronach.
- Wiedziałem, zboczeniec jakiś - westchnąłem, po raz kolejny żałując swojego smutnego losu.
Przemyłem twarz zimną wodą, na co nieco się wzdrygnąłem i ochlapałem pół łazienki, po czym niezdarnie nałożyłem na dłoń porcję żelu. Wsmarowałem we włosy, stawiając część z nich ku górze i stylizując przydługą grzywkę. Całość utrwaliłem lakierem, po czym zdałem sobie sprawę, że odwaliłem się gorzej niż kobieta. Mówi się trudno.
Leniwie sięgnąłem po mopa, stojącego w kącie niewielkiego pomieszczenia, po czym wytarłem ślady po swojej obecności. Albo umywalka była definitywnie za mała, albo to ze mną było coś nie tak.
Opuściłem łazienkę i zasiadłem przy niewielkim stole z miną zbitego psa. Było mi zimno, chciało się spać i wyglądałem jak nieszczęście. Dobrze, że jedzenie chociaż miło skwierczało na patelni. Zaraz, czy jajecznica powinna skwierczeć?
- Kamil, jedzenie ci się pali!
- Cholera! - To sobie pojadłem.
Tak jak myślałem. Śniadanie nieco się spaliło, jednak na upartego można było coś z tego zjeść. Postanowiliśmy nie wydawać pieniędzy na kolejne dowozy fast foodów i zjeść to, co zaoferowała mamusina kuchnia Kamilka. Jakby nie patrzeć było mi wszystko jedno, w końcu byłem głupi i nie poszedłem wczoraj na tego kebaba z Bartkiem.
- Kto robi zakupy w tym tygodniu? - dopytałem, patrząc jak blondyn zjada kolejne porcje, dziwnie się krzywiąc. - W sumie to ty robiłeś ostatnio, a ja mam dziś wolne. Oddam tylko kilka książek do biblioteki i…
- Muszę ci coś powiedzieć.
Na chwilę zapadła cisza, przez co podrapałem się nerwowo po karku. Nie lubiłem jak zaczynał tak dramatycznie.
- Zawiało grozą.
- Zależy dla kogo. Wyprowadzam się - odparł po chwili, a w jego głosie słychać było nutkę wahania.
Przez moment nie mogłem nijak skomentować tego, co do mnie powiedział.
Gapiłem się jedynie, trawiąc powoli przekaz.
- Kiedy? Nic nie mówiłeś…
- Bo mówię to teraz. Rzecz w tym, że muszę wrócić do domu. Rodzice mają pewne problemy, więc wolałbym na jakiś czas zostać przy nich.
- Nie możesz od tak wyjechać. Co z uczelnią?
- Nie chciałem tego robić, jednak nie pozostaje mi nic innego jak przerwać naukę. Są sprawy ważniejsze.
- Wszystko fajnie, ale co dalej?
- Znajdę coś w Poznaniu, mam dobre wyniki więc nie powinno być większego problemu. Jakoś sobie poradzę.
Lustrowałem go wzrokiem, jednak zdałem sobie również sprawę z tego, że mówi zupełnie serio i już zadecydował. Przyznam, że nie spodziewałem się. Fakt faktem, że mój współlokator dosyć często wyjeżdżał w rodzinne strony, szczególnie podczas weekendów i dni wolnych. Wcześniej jakoś nigdy mocno się tym nie interesowałem.
- Mam ci jeszcze jedno do powiedzenia.
- O Boże, następna niespodzianka. - Teraz spodziewałam się dosłownie wszystkiego, nawet tego, że ma zamiar całkowicie rzucić szkołę i zostać cyrkowcem.
- Znalazłem ci współlokatora.
Zmieniam zdanie, wcale się tego nie spodziewałem.
- Zaraz… Jak? - Jednego dnia informuje mnie zarówno o tym, że po prostu się wyprowadza, a mało tego, bo ma kogoś na swoje miejsce. Dziwiło mnie tylko jedno. Mianowicie czemu nie zapytał mojej zacnej osoby o zdanie? Właściwie to ja miałem zamieszkiwać z tym kimś. Skąd mogłem wiedzieć czy mój współlokator nie będzie jakimś ćpunem, pijakiem, zboczeńcem i tak dalej. - Jeszcze mi powiedz, że wynosisz się dzisiaj, to już całkowicie stracę w ciebie wiarę.
- Właściwie to miałem ci powiedzieć, byś ogarnął nieco te kartki z podłogi. Miał dzisiaj przyjść i podpisać ze mną kilka rzeczy.
- Wszystko fajnie, pięknie i cudownie, ale gdzie w tym wszystkim jest moje zdanie?- W tamtym momencie czułem, jakby w ogóle mnie nie słuchał.
- Przepraszam, ale nie widzę innego wyjścia. Wiem dobrze, że nie dasz rady sam spłacić mieszkania, a chłopak był na tyle zdesperowany, że nie widzę problemu dlaczego nie miałbym oddać mu miejsca. Myślałem, że nie będziesz z tym robił jakiegoś wielkiego problemu.
- Nawet go na oczy nie widziałem.
- Wygląda na porządnego.
- Nie tobie o tym sądzić.
- Przemyśl to. Wykorzystajmy daną nam okazję. Jesteśmy umówieni na szesnastą, więc to będzie twoja szansa. Przyjdź i zadecyduj, ale miej na myśli czynsz.
Westchnąłem po raz setny tego poranka, nabijając się na drewniane oparcie. Niebieskie oczy pewnego typka, wciąż wypalały mi dziurę, a ja starałem się je ignorować. Może i miał racje z tymi opłatami, ale i tak wszystko zależy od tego na kogo trafię.
Ostatnie czego pragnąłem to zamieszkanie ze śmierdzącym typem, o słowniku na miarę światową z paczką fajek po kieszeniach i czystą w lodówce. Z przykrością byłem w stanie stwierdzić, że takich tu nie brakuje.
- Idę do biblioteki. Daj mi czas to przemyśleć - rzuciłem ostatecznie, zdejmując z wieszaka czarny płaszcz i gruby szalik. Sprawnie zmieniłem znoszone japonki na ciepłe, zimowe buty i zapakowałem niedużego laptopa.
- Ale przyjdziesz?
- Tak, przyjdę - odparłem, może zbyt szorstko.
Ostatecznie pochwyciłem parę kluczy ze skrzyneczki i wyszedłem z mieszkania. Na moment mignął mi cień uśmiechu na twarzy blondyna. Przyrzekam, że zabije mendę.

Było pieruńsko zimno. Jednak to nic nowego. Starałem się jak najszybciej przebierać nogami po śliskim chodniku, uważając przy tym, by nie oddać połowy wypłaty dentyście.
Gdzieś w oddali poczułem zapach gofrów i w mgnieniu oka zrobiło mi się smutno z powodu tej zwęglonej jajecznicy. Nawet to dziś schrzanił.
Naprawdę miałem wrażenie, że jakaś nadprzyrodzona siła, postanowiła się na mnie uwziąć, szczególnie tego dnia. Poranna pobudka, pyszne śniadanko, zalana łazienka, kochany współlokator i pan oszust z TVP 1, którego zdaniem powinno być słoneczko i stopnie na plusie, a tymczasem mamy śnieg i totalną pizgawice.
- Ciekawe czym jeszcze obdaruje mnie dziś życie.
Ludzi praktycznie nie było. Być może siedzieli pod kocykiem w towarzystwie ulubionej książki i aromatycznej kawy. Jakoś tak zacząłem im zazdrościć, choć pomysł by ruszyć się z domu należał tylko i wyłącznie do mnie. Zawszę mogłem zostać i przeleżeć pół dnia w łóżku, ale pewna osoba zbyt podniosła mi ciśnienie jak na jeden poranek. Po co będę się stresował, skoro mogłem się sukcesywnie zmyć na kilka godzin?
Moja ulubiona biblioteka mieściła się w centrum miasteczka, położona naprzeciwko niewielkiej kawiarni, gdzie akurat bywało znaczenie więcej ludzi. Zależało też od dnia tygodnia. Zwykle spędzałem weekend w bibliotece, by w spokoju skupić się na pisaniu recenzji i całkowitym zrelaksowaniu. Lubiłem sięgnąć po dobry dramat czy powieść psychologiczną, ale perspektywa wiercenia się na drewnianym krześle niespecjalnie mnie cieszyła. Gdy nie miałem siły i nastroju na intelektualne zmagania, to przesiadywałem wieczorami w kawiarni, upijając się kawą o smaku miodowo -pralinowym i jedząc zacny serniczek. Brałem laptopa i po prostu kręciłem się po sieci, bądź czytałem. Tu było o tyle łatwiej z tego względu, że kosmicznie niewygodne krzesła zostały zastąpione gustownymi czerwonymi kanapami i szklaną ławą.
Powolnym krokiem ruszyłem do budynku i pchnąłem klamkę w dół, jednak o dziwo drzwi nie ustąpiły. Z inteligentnym wyrazem twarzy spojrzałem na tabliczkę „nieczynne” i już miałem zrobić taktyczny odwrót, kiedy usłyszałem głos, którego naprawdę nie chciałem znać. 
- Hej, Konrad, zaczekaj! - Moja mentalna porażka biegła właśnie w przykrótkiej spódniczce i wysokich butach, dzierżąc w dłoni papierosa. Czemu dziś? No tak, w końcu jak ma się walić, to czemu nie na całego?
Odwrócić się i odbiec? Może nie zauważy, a nawet jeśli to przecież jest na obcasach. Prędzej by sobie tipsa złamała niż ryzykowała uszkodzenia swojego ukochanego, markowego obuwia. Ale to z myślą o mnie, to też nie wiadomo co tej kobiecie odbije.
- Czemu się nie odwróciłeś? Nie udawaj, że mnie nie słyszysz. - Kurwa mać, no to klęska.
- Bo nie słyszałem.- Bardzo inteligentnie Konrad, bądź z siebie dumny.
- Nie ważne, kocie. Właśnie skończyłam zmianę, więc może poszlibyśmy razem na kawę. - Dmuchnęła chmurą dymu papierosowego, a ja poczułem ogromną ochotę na wyplucie własnej wątroby z jelitem gratis.
- Po pierwsze, żadne „kocie”…
- Jaki cnotliwy - uśmiechnęła się pod nosem, na co musiałem w spokoju policzyć do dziesięciu. Albo stu, już nawet nie pamiętam.
- Po drugie, nie. Tłumaczę ci to już od jakiegoś czasu, więc nie uganiaj się za mną z bezsensownymi propozycjami. To nie przejdzie, nie jarają mnie laski ubrane jak „leśne panienki” ze szlugiem w ręku i słownictwem spod rynsztoka. - Skrzywiła się lekko, jednak sekundę później na czerwonych ustach znowu zawtórował ten parszywy uśmieszek. Ubrana była w to co zwykle, czyli tak zwany ciuch na każdą pogodę. Czy zimno czy ciepło, dupa i tak się wietrzy.
Samanta uczepiła się mnie na uczelni, kiedy to nieświadomy w co się pakuje, podałem jej debilny długopis i jeszcze komplementem rzuciłem. Oczywiście nikt nie śmiał mnie poinformować, że zagadałem do dziewczyny z tak zwanej pierwszej półki sklepowej. Ustanowiła sobie moją osobę za cel niespełnionych pragnień i tak też pozostało do dzisiaj. Nie dość, że znoszę jej piskliwy głos na wykładach, to jeszcze zdarza się zepsuć mi weekend.
 Dziś miała na sobie czarne koturny z futerkiem, krótką spódniczkę i białą kurtkę. Długie czarne włosy spięła w wysoki kucyk, a twarz pokrywał szczelny makijaż. Pewnie przed zimnem też chronił.   
- Dobra kochanie, skończ z tymi swoimi ideałami. Podobasz mi się, a jak chcę faceta, to zwykle go dostaje, więc myślę, że kolacja ze śniadaniem w moim domu wcale by ci nie zaszkodziła - wynuciła prawie, że z czułością, przyklejając mi się do ramienia.
Poczułem jak żyłka na mojej skroni pulsuje nerwowo. Uchyliłem się gwałtownie, gdy czerwone usta sukcesywnie zmniejszały odległość między nami. Pijawka w ostatniej chwili złapała się murku, by nie stracić równowagi. - Cholera jasna, co ty wyprawiasz?!
- Wybacz, ale próbuje uniknąć następnej porażki w dzisiejszym dniu. - Machnąłem ręką, powoli odchodząc. Cała ta farsa nie miała najmniejszego sensu. 
- Żebyś się kiedyś nie przeliczył. Myślisz, że znajdziesz swoją ukochaną księżniczkę, która będzie ci gotować obiadki w wieku osiemnastu lat i klepać po główce? Człowieku obudź się, jeśli liczysz na cnotkę o królewskich manierach i wzorowym wychowaniu to polecam zmienić gust. Jakbyś wybrał mnie to…
- Jakbym chciał dziwkę, to poszedłbym trzy ulice dalej - rzuciłem za siebie, dostatecznie wpieniony, przyciągając oburzone spojrzenie kilku staruszek.
Tym razem musiałem ją zdenerwować, bo usłyszałem jak rzuciła kilka niewyraźnych przekleństw, ale ostatecznie dała sobie spokój.
Dopiero teraz wydedukowałem, że wychodzenie z domu było jedną wielką głupotą. Postanowiłem więc wrócić do domu i szykować się na następną, znacznie większą porażkę.

Otworzyłem drzwi z kopniaka nie przejmując się biedną, nowo pomalowaną ścianą.
Rzuciłem torbę w kąt i zrezygnowany zawiesiłem płaszcz na pierwszy lepszy wieszak. Nie wyszło mi, w związku z czym znalazł się na podłodze, ale jakoś niezbyt mnie to interesowało.
Położyłem się na czarnej wersalce, biorąc do ręki pilota i ze znużeniem skacząc po kanałach. Jak można się tego było spodziewać, niczego nie było.
- Już wróciłeś? - Mój „były” współlokator opierał się w wejściu do kuchni, patrząc tymi swoimi oczami pełnymi nadziei.
- Na wycieraczce nie będę siedział.
- Zamknięte? A „Cafe Rica”?
- Nie mogłem tam iść bo ten babsztyl pewnie poszedłby za mną. 
- Samanta?
- Widziałeś, bym miał inną fankę?
- Ja tam widzę jak non-stop się za tobą oglądają. Czasami jesteś zbyt zajęty patrzeniem w ekran, by zauważyć ich głupie wyrazy twarzy, które tylko proszą byś nie odkrył ich rumianych policzków.
Uczciłem ten komentarz minutą ciszy, chociaż ziarnko prawdy może i w tym było. W klubie wykupywano mnie dość często, nawet znacznie częściej niż kolegów z branży. Nie zapominajmy jednak, że miałem swoje gadane i potrafiłem dostosować się do rozmówczyni. Wygląd nie był zasługą wszystkiego, choć tak naprawdę zastanawiałem się co jest pociągającego w trupiej cerze, sterczących włosach i widocznych kościach policzkowych. Kobiety naprawdę są jakieś dziwne.
- Obejrzymy film? - Nawet nie zauważyłem, kiedy przysiadł tuż obok, zabierając pilota.- Skończyłem sprzątać, kiedy ty postanowiłeś iść na wycieczkę.
Z ciekawości rozejrzałem się wokół i faktycznie; z półek zniknęły zbędne rzeczy, kanapa była złożona, łóżko pościelone, duperele i książki poukładane na swoich miejscach, a moje papiery złożone w jeden, równiutki stosik.
- Nie wiem za kim będę tęsknił bardziej, za Kamilem, czy za gospodynią. 
- Nie załamuj się. Zawsze jest szansa, że trafisz na pedanta, a wtedy szybko również i ty będziesz pracował jak gospodyni domowa.
- Dalej jestem zdania, że trafie na jakiegoś zboczeńca.
- A co? Masz jakiś uraz?
- Urazem bym tego nie nazwał, ale wolę wiedzieć z kim mieszkam. W mojej pracy spotykam naprawdę wielu ludzi, z którymi nie chciałbym mieć nic wspólnego. Nie znasz życia chłopcze.
- Jestem od ciebie starszy synku. Mnie jakoś się nie bałeś.
- Bo wyglądałeś jak popierdek. Z resztą to wyglądasz tak nadal - uśmiechnąłem się wrednie na widok jego załamanej miny.
Po jakimś czasie oboje umilkliśmy, zatracając się w obrazie emitowanym przez grające, kolorowe pudełko niczym rasowe bezmózgi.
Co jakiś czas wysyłaliśmy się wzajemnie po paczkę popcornu, choć osobiście wolałem go robić sam. Gdy robił go Kamil to zazwyczaj był po prostu spalony.
Sobota spełzła nam na lenistwie i przewracanie się z boku na bok. Korzystając z chwili ciszy zdążyłem sobie uciąć krótką drzemkę i doczytać kilka rozdziałów książki. Szybko mi się znudziło, więc mimowolnie usadowiłem się z powrotem na kanapie, oglądając jakiś mało ambitny reality show.
Gdy zegar wybił odpowiednią godzinę, Kamil spojrzał na mnie znacząco, a ja poczułem się jeszcze gorzej niż wcześniej.
Nawet pomijając to, że robiłem problem z niczego, to uważałem, że olanie sprawy naprawdę nic mi nie da. Chyba nie pozostawało mi nic innego jak pogodzić się ze swoim losem, wybaczyć wszystkie malutkie grzeszki; szczególnie te z samego rana i liczyć na cud. Szansa mała, ale zawszę.
Przypomniał mi się wczorajszy dzień, kiedy wracając pociągiem spotkałem typowych przedstawicieli wieku „naście” i z powrotem zrobiło mi się ciężko na żołądku. Kamil był aniołkiem, który nie wtrącał się w to co robię. Nie przeszkadzał mi i właściwie to zachowywał się tak, jakby wcale go nie było.
Niestety, szansa na tak mało kolizyjnego lokatora jest mniejsza od prawdopodobieństwa wystąpienia mendy. 
Myśląc o tym, lekko podskoczyłem, gdy dzwonek drzwi zbudził mnie z transu.
- Otwórz! - usłyszałem z kuchni.
Powolnym krokiem powlokłem się do drzwi, ze znudzonym wzorkiem naciskając na klamkę.
- Dzień dobry, czy zastałem Kamila Olbry…- Musiałem zamrugać kilkakrotnie, by uwierzyć, że to ten idiota z krwi i kości. Zboczeniec z pociągu stał właśnie przez moimi drzwiami, podpierając się o kulach i trzymając w łapie jakieś kartki. Sądząc po jego inteligentnym wyrazie twarzy, musiał mnie poznać. Zaśmiałem się z samego siebie i całego świata, który postanowił sprawić, bym skończył w jebanym wariatkowie.
Zamknąłem z hukiem drzwi, chowając twarz w dłoniach.
- Konrad, kto to był?
- Nikt ważny Kamilku, nikt ważny…  

sobota, 12 grudnia 2015

Rozdział 1

Zegar ścienny tykał w rytmie zgranej orkiestry, pomieszczenie wypełnił delikatny odór drogiej whiskey, połączonej z tytoniem i ekskluzywnymi perfumami. Towarzystwo spędzające wolny wieczór w lokalu, nie pozwalało sobie na oszczędność. Produkt luksusowy zawsze nim był i właśnie taki pozostawał.
Sala była spora, choć jej wnętrze obstawione było stolikami, przy których przesiadywały rozchichotane kobiety w pięknych wieczorowych sukniach i mężczyźni ubrani w stylowe garnitury od Armaniego.
Nad wszystkim górował przytłumiony głos śpiewaczki, ubranej w białą suknię, która mimowolnie eksponowała jej figurę i kontrastowała z opaloną skórą. Uśmiechała się do widzów, ujmując melodyjnie treści piosenki.
Na końcu pomieszczenia umiejscowiony był bar z różnorodnymi trunkami, jednak on również zachowany był w eleganckim wystroju.
Pojedyncze lampy na stolikach i zwisające znad sufitu niewielkie żyrandole, dawały mętne światło, przez co sylwetki rzucały niewyraźne cienie po karmazynowych ścianach.
Wśród gości, dostojnym krokiem przemieszczali się kelnerzy. Na ich twarzach widniały szerokie uśmiechy, mające na celu podkreślić ich przyjazne nastawianie.
Matowa czerń łączyła się ze śnieżnobiałymi koszulami, które przykrywał gustowny żakiet. Całość komponowała się z krawatem, bądź też czerwoną muszką, zależnie od gustu.
Wśród nich, był jeszcze jeden typ facetów. Ci z kolej rozsiadali się wygodnie w towarzystwie bogatych kobiet, ujmowali je ciekawą rozmową, sprawiali wrażenie bycia zainteresowanymi i robili za pomocnego przyjaciela.
Hostem mógł być każdy, o ile oczywiście dobrze wyglądał i potrafił ująć rozmówczynie ciekawym tematem.
 Konrad z początku myślał, że ta praca jest zbyt płytka i mało w niej pola do popisu. Nic bardziej mylnego. W ciągu wieczora panie wykupywały sobie jego osobę kosztem sporych pieniędzy, po czym wyżalały się ze swoich problemów o nie kochającym mężu, zadłużonej rodzinie, problemach w pracy i tak dalej w nieskończoność. Jego rola przypominała mu nieco pracę aktora. Miał za zadanie słuchać, bądź raczej stwarzać pozory wiernego słuchacza; uśmiechać się, wyglądać jakby interesowały go problemy jakiejś nieznajomej kobiety. Ona miała znaleźć w nim oparcie, nakręcać rozmowę, przywiązywać się do niego, by w najbliższym czasie przyjść z powrotem i zapłacić kolejną kwotę za nic nie znaczące spotkanie. W ten sposób samotne osoby, pragnące złudnego szczęścia, popadały w długi. Tak właśnie wyglądał jego zawód.
- Nie rozumiem, jak mógł mi to zrobić. Jesteśmy małżeństwem od kilku lat, a mimo tego porzucił mnie i dzieci.- Kobieta w pistacjowej sukience opadła ciężko na oparcie kanapy.
- Zostaw go, pozostawił was na pastwę losu - odparł rzeczowo, napełniając po raz kolejny lampkę wina. Rubinowa substancja ponownie wypełniła objętość kieliszka i wylądowała w szczupłych dłoniach, przyozdobionych francuskim manicure. Blondynka odchyliła lekko głowę, pozwalając by wino dotknęło jej pomalowanych ust i z rozkoszą pieściło podniebienie.
- Mówił, że żałuje związku z tamtą kobietą, więc mu wybaczyłam - odparła po raz kolejny.- Ale on wrócił do niej! - moment później chłopak zauważył, jak spod sztucznych rzęs spływają łzy, a na umalowanej twarzy ponownie ukazuje się grymas. Znał go już od pewnego czasu.
Zmęczony, spojrzał na wielki zegar, osadzony na przeciwnej ścianie i uśmiechnął się do siebie pod nosem.
- Nie rozpamiętuj tego, masz szansę na lepsze życie, w dodatku na swoich warunkach. Nie oczekuj nagłych zmian, nie wybaczaj, po prostu idź własną drogą.- Blada twarz w jednej chwili przybrała szeroki uśmiech, a ciemne oczy zaiskrzyły żywo. Położył zimną dłoń na kobiecym nadgarstku, recytując swoją ulubioną formułkę:
- To od ciebie zależy, czy będziesz szczęśliwa. Pamiętaj, że zawszę będę dla ciebie wsparciem - po tych słowach przywykł widywać wiele. Zwykle był to uśmiech na przypudrowanej twarzyczce, ciche dziękuję, a nawet pochlipywanie. Nie ważne co to było, ważne że działało jak należy.  
Zegar wybił godzinę dwunastą, dając mu coś, czego pragnął bardziej niż ciepłego kebaba z budki niedaleko stąd – świętego spokoju.
- Nasz czas dobiegł końca, mam jednak nadzieję, że zobaczymy się w najbliższym czasie - powiedział przyciszonym głosem, przez co kobieta uśmiechnęła się delikatnie, znacznie rozpromieniona.
 Pożegnali się krótkim uściskiem. Minutę potem leniwie opuściła lokal, pozostawiając na wpół pustą butelkę wina i swojego „wynajętego przyjaciela”.
Teraz mógł nazwać się szczęśliwym człowiekiem, a jedyne co pieściło jego uszy, to melodia dochodząca ze strony sceny. Rozwalił się na czerwonej kanapie, nie przejmując zbytnio gośćmi i zasadami kulturalnego zachowania w tak zwanym „miejscu publicznym”.
Leniwym ruchem, wyciągnął dłoń przed siebie, chcąc sięgnąć połyskujący kieliszek, jednak coś uderzyło go w połowie drogi i zwinnie usadowiło się tuż obok.
- Eee… Bo ci potrącą z wypłaty - rudy kelner zbeształ go, po chwili szczerząc twarz w szerokim uśmiechu. - Znowu będziesz chciał, bym ci batoniki zafundował.
- Usamodzielniłem się, od teraz kupuje czteropaki.
- Co to ma do rzeczy?
- To, że wystarczają mi od poniedziałku do czwartku, a ty masz obowiązek stawiać mi je jedynie w piątek. Weekend sobie odpuszczę bo nie zawszę pracuje.
- Dziękuje, mój zbawco.
- Drobiazg.
 Przez chwilę siedzieli w ciszy, wsłuchując się w otoczenie i napawając czymś, co przeciętny człowiek kocha bardziej niż własną rodzinę: weekend.
Tak, dziś był piątek, a co za tym idzie, można się w spokoju wyspać, nie przejmując tym, że lada chwila budzik z melodią „Djary of Jane” wyleci na drugi koniec pokoju, że kac ograniczy myślenie na kartkówce z pierwiastków, czy nawet, że znowu najdzie ochota na dyskusje z szatniarką i rzucanie złośliwych komentarzy typu: „glany zmienione na czyste glany, to również zastosowanie się do szkolnej reguły, mówiącej o zmianie obuwia.”
Śpiewaczka ucichła, a po sali rozniosło się echo pod postacią żywych oklasków.
- I jak w robocie? - Konrad zagadał po chwili, widząc jak Bartek bawi się skrawkiem swojego rękawa. Zwykle gdy czuł się znudzony, to skupiał uwagę na psuciu wszystkiego co miał pod ręką. Teraz akurat nic nie miał, ale firmowy uniform chyba też się liczył.
         - Co cię to tak nagle interesuje? Pracujemy na jednej sali.
- Nie, po prostu martwię się o tą panią, którą przypadkowo oblałeś winem dwa dni temu - uśmiechnął się złośliwie, a rudzielec nadymał policzki, na wzór dziecka z zerówki.
- Ha, ha, ha… Każdemu się zdarza. Jestem zabiegany, latam z pełną tacą od stolika do stolika, muszę wyglądać elegancko przez kilka godzin, poruszając się w tych ciemnościach i na dobór złego zmuszony jestem słuchać twoich wyuczonych akapit po akapicie kłamstw - spojrzał na niego krytycznym wzrokiem, wychodzącym spod burzy włosów, które ostawały we wszystkie możliwe strony i opadały ochoczo na oczy. Nie było się co dziwić, że wpadł z tacą na tę kobietę.- Kto cię dziś wykupił?
- Sylwia mój drogi kompanie, Sylwia - westchnął, widząc jak zielone oczy wpatrują się w niego, niczym dziecko w nowy podręcznik od matematyki.- Mężatka z dwójką dzieci, zdradzona przez męża, poproszona do pomocy w spłacaniu jego długów, po tym, jak ją przeprosił i błagał, po czym porzucona ponownie i pozostawiona z wysokim kredytem.
- Aaa..! Ta Sylwia, dobra luz - przerwał tak entuzjastycznie, że Konrad mało co nie upuścił telefonu, na bogu ducha winne płytki.- Za dużo ich masz, nie ogarniam już z kim i kiedy rozmawiasz.
- Czy ja wiem…
- Nie szło ci.
- Co?
- Widziałem ten tęskny wzrok w stronę zegara. Mnie nie oszukasz.- Zabrzmiało by to może poważnie, gdyby nie to puszczone oczko i wybuch nagłego śmiechu.
 Bartosz Kuśmierczyk miał 20 lat, przy czym zachowywał się jak rasowy dzieciak. Przyjaźnili się od roku, kiedy Konrad rozpoczął bycie hostem, a ich relacje krążyły głównie wokół  pracy w klubie i wieczornych powrotach do domu. Mimo tego, Bartek traktował go jak dobrego kumpla, choć ten drugi nie raz beształ jego osobę w celu czysto rozrywkowym, bądź „bo taki miał kaprys”.
- Nie kwestionuj mojej miłości. Jestem z nim szczególnie mocno związany, szczególnie na wykładach i podczas pracy tutaj. Nie mogę oderwać wzroku od jego okrągłych kształtów.
- Nie płacę ci za wlepianie wzroku w zegar - kobiecy głos dobiegł ich zza pleców, przy czym obaj odwrócili się jak na komendę.
Szefowa klubu, ubrana była w granatową sukienkę; podkreślającą jej dekolt i opinającą się w okolicy bioder. Długie blond pasma, upięła w wysokiego koka, a jej powieki rozświetlały srebrzyste cienie i mocne, kocie kreski.- Możecie już iść, Olaf i Edmund przyszli wcześniej, więc macie wolne. Jednak potrzebuje jednego z was w roli kelnera, na niedzielny wieczór. Impreza rodzinna, im więcej rąk tym lepiej.
Konrad szybkim ruchem, wyciągnął z kieszeni mały notesik, modląc się w duchu o jakiś obiadek u babci, spotkanie na uczelni, czy nawet premierę wyczekiwanego filmu na polsacie. Niestety nic.
- Widzę, że masz wolne - kobieta uśmiechnęła się pod nosem, widząc jak szatyn chowa z powrotem notes do kieszeni, ze skwaszoną miną. Odczytali go. Znowu. Oznaczało to, że z gnicia w łóżku nici.- W takim razie skarbie, bądź od 19.00, a teraz lećcie do domu, bo znowu spóźnicie się na pociąg. Nie chciałabym spotkać was zmarzniętych na dworcu.
Bez słowa ruszyli na drugi koniec sali, chwytając za klamkę drzwi, przyozdobionych zawieszką  „Tylko dla personelu”, po czym bez słowa zdjęli z siebie eleganckie ubrania, zamieniając je na proste jeansy, bluzy i zimowe płaszcze.
- Cześć - rzucili na wychodne, w kierunku kolegów z następnej zmiany i wyszli na zewnątrz.
- Ja pieprzę, ale piździ! - wyższy rudzielec zawył z oburzeniem, gdy zimny podmuch owiał ich ciała.
- Piździ od tygodnia, jakbyś nie zauważył - szatyn odparł z poirytowaniem, wkładając do ust miętówkę. Usiłował ignorować wycie i skomlenie dochodzące z istoty idącej obok niego.
Szybkim krokiem skierowali się na jedną z głównych ulic Warszawy.
Klub Da Vinci mieścił się niemal, że w centrum stolicy, jednak był dość specyficzny; różnił się od innych obiektów.
Zaczęło się od tego, że jego założycielka wpadła na pomysł, by zainspirować się japońskimi host klubami. Jak wymyśliła tak też uczyniła. Miejsce w którym pracowali,  miało elegancki wystrój, klientów zabawiała piękna śpiewaczka, słychać było odgłosy jazzu, podawano trunki i wino wysokiej jakości, a osoba która była w stanie zapłacić więcej, była traktowana czysto po królewsku. Można było spotkać wiele par i ludzi, zarówno tych bogatszych jak i tych, którzy spędzali pojedynczą uroczystość; rocznicę ślubu czy romantyczną kolację przy świecach.
Między tym romantycznym nastrojem, znajdował się pewien typ kobiet, mianowicie tych samotnych. Właśnie w tym momencie zaczynało się zadanie hostów.
Klientka po przejrzeniu albumu, ze zdjęciami pracowników, płaciła za określony czas i wybierała swojego rozmówcę.
Pracowników było stosunkowo niewielu, jak na tak spory lokal. Działo się tak  głównie dlatego, ponieważ panowie zamieniali się rolami, pracowali zwykle zarówno jako host, kelner i barman. Niestety, nie ułatwiało im to zadania, ponieważ dni pracy były stawały się bardzo nieregularne.
- Chodźmy coś zjeść. Zaraz zdechnę - Bartek westchnął teatralnie, rzucając się na ramię niższego. Nie różnili się jakoś specjalnie, 8 centymetrów nie robiło jakiejś wielkiej tragedii.
- Nie śliń mi płaszcza bo cię trzepnę.
- Przepraszam - wydukał zrezygnowany, choć jego mina wcale nie wskazywała na to, że miał zamiar przestać.-  Ale nic nie jadłeś, jeszcze trochę i ci się pogorszy.
- Co ma mi się znowu pogorszyć?
- Masz kościstą twarz.- Przez chwilę patrzył na niego, jak na życiową porażkę.
- Ty jak coś czasami palniesz.
Minęli właśnie skrzyżowanie. Na ulicach kłębiły się samochody, a miasto rozświetlały błyski latarni i neonów. Mimo później pory, Warszawa wciąż żyła; jakby nie patrzeć był piątek.
Ludzie kręcili się w małych grupkach, śmiejąc i szykując do dobrej zabawy w klubach.
- To chociaż kupmy coś na wynos.
- Nie, wystygnie mi zanim dotrę do domu.
- To sobie odgrzejesz.
- Filip zepsuł mikrofalę.
- To kup sobie nową.
- Nie, bo znowu ją zepsuje. Tragedie trzeba zdusić w zarodku.
- Cholera, dlaczego nawet w najdurniejszej rozmowie, o dupie Marynie, robisz z ludzi debili? - Konrad nic nie odpowiedział, uśmiechnął się chytrze i teatralnie poruszył brwiami.
Szli jeszcze jakieś 15 minut, po czym zeszli do podziemnego metra i z dezaprobatą spojrzeli na zegarek.
- Kiedy masz pociąg? - Bartek zapytał ponownie. Mimo iż często wracali o tej samej porze, nie miał najmniejszego zamiaru zapamiętać godziny odjazdu.
- Dziesięć minut temu - odparł spokojnie, a chwilę potem obaj usłyszeli nadjeżdżający pociąg.- Coś wcześnie dzisiaj. Mówiłem ci już, że kocham PKP - rzucił rudzielcowi krótki uśmieszek i władował się do zapchanego pociągu.
Jego akademik znajdował się jakieś pół godziny drogi stąd, zatem czekał go czas pełen wrażeń i przepoconych ludzi. Jak on cholernie kochał PKP.
Maszyna ruszyła, a grawitacja powoli spełniała się w swoim zawodzie, majtając go między staruszką, a jakimś facetem w okularach.
Odmówił arię brzydkich słów, kiedy kierowca gwałtownie zahamował, przez co poleciał na babcię stojącą obok. Ostatnimi czasy zastanawiał się, kto dał temu komuś prawo jazdy i pozwolenie. Nie ważne, niedługo nie wytrzyma i osobiście się go zapyta.
Ludzie często mówili mu, że jest zbyt bezpośredni, wredny i złośliwy, on odpowiadał im zawszę to samo, przybierając swój firmowy, złośliwy uśmieszek: „po prostu jestem szczery”.
Po jakimś czasie, nie mógł ustać na miejscu, przez co zaczął przeskakiwać z nogi na nogę. Wydawać się mogło, że szalony konduktor zaprzestał popisów, ale nic bardziej mylnego. Pociąg zahamował bardziej gwałtownie niż poprzednio. Szatyn stracił równowagę i wywinął się do tyłu.
Uderzył w kogoś i właśnie ten ktoś, wydał z siebie niezbyt zrozumiały dźwięk. Poczuł jak coś mokrego przenika przez materiał jego bluzy, a piskliwy, damski głos, ukazuje swoją prawdziwą siłę uderzeniową.
- Uważaj co robisz, do cholery! - Pasażerowie zwrócili się w kierunku blondyny w wysokich koturnach. Biały płaszcz, w piękny sposób prezentował na sobie wylaną kawę, a ostro pomalowana twarz, wykrzywiła się w grymasie złości.- Kurwa mać, następy dupek.
- Konduktor jest tam.- Odparł spokojnie i wskazał palcem w kierunku, gdzie mieściła się kabiny kierowcy.
- Co do cholery?!- Przez moment patrzyła na niego oszołomiona, zaraz potem złość na nowo wykrzywiła jej czerwone usta.
- Chodzi mi o to, że z tym to nie do mnie. Widzi pani, żebym prowadził ten pociąg?
- Nie obchodzi mnie to. Życzę sobie pieniędzy na pralnie, od pewnego idioty, który postanowił taranować pasażerów.
- Wychodzi na to, że mamy już dwóch sprawców - Rzekł w zamyśleniu.- Po pierwsze, konduktor z duszą rajdowca, po drugie, prawa fizyki. Pani sprawa, od kogo wyłudzi pani kasę na pralnie, a teraz przepraszam bardzo - uśmiechnął się serdecznie i zaczął przepychać w kierunku sąsiedniego przedziału.
Czuł, że baba za szybko by mu nie odpuściła, gdyby tylko tam został. Postanowił, że lepiej będzie dyskretnie się ewakuować i nie psuć sobię samopoczucia w piątkowy wieczór.
Tym sposobem, zawitał w kolejnym wagonie, który jak na zbawienie, świecił pustkami. Może raczej „prawie” byłoby stosowniejszym określeniem.
Z końca przedziału dobiegły go śmiechy i krzykliwe zwroty.
 Młodzieńcza, czteroosobowa grupka, przesiadywała właśnie w swoim wesołym towarzystwie, całkowicie ignorując to, że są w miejscu publicznym i robią szum słyszalny kilka wagonów dalej.
- No tak, piątek.- Wydukał do siebie, siadając kilka miejsc przed nimi.
Zadowolony z faktu, że pozbył się kobiety z piekła rodem i że jego szlachetne cztery litery znalazły swój własny przylądek spokoju, wyjął z małej torby niedużą książkę. Przekartkował kilka stron i usiłował się wyłączyć.
- I wtedy kurwa widzę, jak wyszedł z tego pokoju i takie, jaaa pieprze…- zdusił w sobie chęć pójścia i wywalenia z pociągu nadpobudliwej dziewczyny w różowych air max’ach, wracając z  trudem do dalszej lektury.
- Kamil, weź pożycz na fajki.
- Nie mam kasy.
- To na piwo.
- Mówię ci kurwa, że nie mam!
Śmiechy i pojedyncza kłótnia, coraz mocniej wbijały się w jego czaszkę, więc z hukiem zamknął książkę. Towarzystwo widocznie trochę się rozszalało.
Wyglądali jak jego rówieśnicy, więc nie ukrywał, że słuchając ich, rozkładał ręce nad swoim własnym rocznikiem. Zaczął zastanawiać się nawet, czy nią są delikatnie wstawieni. Laska w różowym raczej schlana w trzy dupy, tak dla sprostowania.
Zaledwie moment później, na scenie pojawiła się kolejna gwiazda. Ta z kolej ubrana była w elegancki płaszcz i gruby czarny szalik, a na jej nogach widniały wypastowane, skórzane buty. 
 Prawie ogłuchł, kiedy Madonna odbębniła w jednej ze słuchawek, które wsadził sobie do uszu kilka minut temu. Z przykrością stwierdził, że nawet ona nie jest w stanie ich zagłuszyć. Skrzywił się lekko i rozdrażniony wyłączył muzykę. Wszystko zaczynało go wpieniać.
Nowy pasażer wyciągnął z kurtki telefon i usiadł przede nim, skupiając się na ekranie urządzenia.
Nastąpiła chwila ciszy, grupka młodzieży siedząca z tyłu, również postanowiła się nieco przymknąć.
- Przepraszam, mogę zrobić ci zdjęcie? - Na chwilę miał wrażenie, że ogłupiał. Spojrzał na bruneta siedzącego przed nim i nie odzywał się. Duże, migdałowe oczy o orzechowym kolorze, wbijały w niego wzrok.
- To do mnie było?
- Sam do siebie przecież nie gadam - rzucił tylko.
- Mogę wiedzieć, po kiego grzyba? - odezwał się mało przyjemnie, gdy tylko przypomniał sobie o sztuce, jaką jest „mowa”.
- Bo masz śmieszną fryzurę.
- Każdego, kto ma włosy na żel, prosisz o zdjęcie?
- Nie, to będzie pierwszy raz.
Zapanowała niezręczna cisza, a brunet nadal wiercił go spojrzeniem.
- Nie.
- Już dawno zrobiłem.
Nie miał zamiaru się odzywać. „Psychol”- powtarzał w głowie, kiedy chłopak na nowo postanowił go ignorować i znowu ślęczał przed ekranem - „zboczeniec jakiś”.
Ciężko było mu opisać radość, jaką odczuwał, kiedy drzwi otworzyły się przed właściwą stacją. Wypruł z pociągu, nie zwracając uwagi na to, że towarzystwo z jego wagonu również podążyło tym śladem.
Miał już przyśpieszyć kroku, czy nawet odbiec jak najszybciej od schlanych rówieśników i zboczeńca, ale coś przykuło jego uwagę. Przystaną w pół koku, odwracając się za siebie. Kilka metrów dalej doszło do konfrontacji, której osobiście wolałby uniknąć.
- To albo wyskakujesz z kasy i nie będzie problemu, albo zajmiemy ci trochę czasu.- Wysoki chłopak; ubrany szarą bluzę, staną przed brunetem, popychając go do tyłu.- Umiesz mówić?- Szarpnął lekko jego płaszcz, kiedy ten wciąż milczał, patrząc na niego spod byka.
 - Darek, widzisz jaki słodziutki? - jedna z dziewczyn zapiszczała wesoło.
- Długo jeszcze masz zamiar się z nim bawić? - drugi chłopak, który właśnie podpalał papierosa, odezwał się nagle.- Bierz torbę, komórkę i spadamy.
- Dobra, gdzie ci się śpieszy…? Słuchaj kolego, nie chciałeś po dobroci to n…- Nie dokończył, ponieważ chłopak uderzył go z łokcia, na co dziewczyny krzyknęły zaskoczone. Drugi dresiarz natychmiast zaszedł go od tyłu i uderzył w bok, przez co brunet wylądował na ziemi. Cała czwórka górowała nad nim, gdy ten usiłował podnieść się z ziemi.- Teraz to żeś się doigrał.
- Stać, Polica! - „Co ja odwalam?!”
Dresiarze odwrócili się jak na komendę i spojrzeli w kierunku szatyna, który trzymał przed sobą legitymacje klubową. Teoretycznie mieli się nabrać, w końcu wyglądał całkiem strasznie. Jedyne o co prosił, to by nie zdołali dostrzec prawdziwego znaczenia dokumentu.  
- Szlag by to! Spadamy! - Z uśmiechem patrzył, jak osiedlowi „kozacy” znikają z pola widzenia. Czasami miał wrażenie, że albo jest zbyt mądry, albo ludzie w ogóle nie myślą. Nawet odznaki nie miał…
- W porządku?- Podszedł do leżącego, kiedy ten powoli stawał na nogi.
- I po co się wtrącałeś?! - warkną z nieukrywaną złością.- Poradziłbym sobie.
Zdębiał. Ryzykował, by nie obili mu mordy, a ten jeszcze ma pretensje.
- Nie wiem jak chciałeś to uczynić, szlifując mordą chodnik.
- Przecież ci mówię, że poradziłbym sobie.- Jak na zawołanie zachwiał się do tyłu, lądując z powrotem na cztery litery.
- Matko i córko, ulżyj światu i nie rób z siebie jeszcze gorszego idioty.- Brunet nadymał policzki, zupełnie na wzór Bartka.- „Następne duże dziecko, spotkane na drodze mojego młodzieńczego życia.”
- Wstawaj z tego chodnika, chyba że chcesz sobie odbitkę własnej dupy kostce brukowej zrobić.
- Przezabawne.
- Też tak uważam, więc się rusz, bo to naprawdę kiepsko wygląda.
- Nie
- Bo?
Odpowiedziała mu cisza.
- Idź sobie.
- W domu wszyscy zdrowi?
- Mówię serio, idź sobie.
- Nasz klient, nasz pan.- Wzruszył ramionami i ruszył powoli w odwrotnym kierunku.
Spodziewał się nawoływania, czegokolwiek. Nic się nie wydarzyło, szedł więc powoli w kierunku kładki do momentu, aż chłopak nie zniknął mu z pola widzenia.
- Naprawdę psychol jakiś.

I jesteśmy po pierwszym rozdziale :D
Mam nadzieje, ze jakoś to poszło i opowiadanie wzbudzi ciekawość i zainteresowanie.
Ten rozdział potraktowałam trochę jak takie wprowadzenie, w związku z tym postanowiłam pokusić się o narracje w 3 osobie, aczkolwiek od następnego razu zmieni się ona na pierwszoosobową i taka pozostanie.
Oczywiście zapraszam do komentowania i deklaruje wstawianie nowych rozdziałów na bieżąco :)